53. STYCZEŃ cz.2- I'm not in love.. this is not my heart >> sobota, 17 stycznia 2009 13:45:33
No, nareszcie coś jest... Beznadziejne i krótkie ale cóż. Do tego te super przerwy techniczne myloga, wr. Wypadłam z rytmu xD
-----------------------------------
Spencer
Wcale się nie zakochałem, wcale się nie zakochałem. No chyba. Rany, jakie ona ma nogi. Fajnie by było być kochanym, w końcu miałbym dla kogo..powstrzymać się od jedzenia pizzy ale.. Nie, przecież nie można tak od razu..Bez sensu. Kurcze, ale gdyby tak ona stwierdziła, że ja jestem.. Nie, nie, nie. A może? Nie. Tak. Kurwa.
Leżałem w łóżku, próbując zasnąć już chyba od godziny. Ale nie mogłem. Biłem się z myślami, przy okazji męcząc ulubionego jaśka. Z resztą jak można zasnąć, gdy co jakiś czas sprawdza się czy u sąsiadów (czyt. sąsiadek) pali się światło? Nie, przecież ja tylko poprawiałem pościel i..
Zakryłem sobie uszy poduszką, jakby to miało uciszyć moje myśli. Szkoda, że tak nie można.
**
- No, teraz mogę przesiedzieć w studiu nawet dwa dni bez przerwy!- Oznajmił Pete, zapalając światło.
W sumie dawno w nim nie byli. Zajmowali się koncertowaniem. Doszli jednak do wniosku, że pora nagrać coś nowego.
- Wypoczęliśmy w Vegas, teraz możemy zabrać się do pisania i komponowania.- Dodał po chwili Patrick, poczym zatarł ręce.
- Mam już parę pomysłów ..- Uśmiechnął się Wentz. Andy w tym samym czasie majstrował przy swojej perkusji, a Joe stroił gitarę.
- Zagrajmy coś na rozgrzewkę.- Zaproponował Trohman, serwując chytry uśmieszek.
- Nie zapominaj o pojedynku na solówki.- Dorzucił Peter.- To jedziemy!
W pomieszczeniu zabrzmiały pierwsze dźwięki jednej z piosenek.
Natty
- Cześć, Evelyn!- Zawołałam do dziewczyny stojącej już przed naszym płotem.- Długo czekasz?
- Hej. Nie, zaledwie parę minut. Ruszamy? O ile pamiętam, autobus mamy za dziesięć minut.
- Dziś na kurs* zawiezie nas Brendon.- Powiedziałam, szeroko się uśmiechając.- Musi się w końcu odzwyczaić od leniuchowania. Niedługo będą nagrywać.
Sekundę później brunet wyszedł z domu, ziewając przeciągle. Dzwoniąc kluczykami, udał się do garażu i po niedługim czasie wyjechał na podjazd.
- Jesteś pewna, że mogę?- Spytała Eve.
- Nie, nie możesz.- Zaśmiałam się.- No już, wsiadaj.
Usadowiły się na siedzeniach purpurowego mini vana, zapinając pasy.
- Nat, wykończysz mnie.- Powiedział Urie, patrząc na mnie z ukosa.
- Breniu.. Jeszcze mi podziękujesz. Nie zapominaj, że już za niedługo będziesz gnił w studiu nagraniowym dzień i noc.
- Tylko nie noc!
zaśmiałyśmy się, słysząc przerażenie w jego głosie. Jakby nie wiedział jak to jest nagrywać płytę.
- A, właśnie..- Odezwał się nagle Bden.- Brendon jestem.- Zwrócił się do nowej pasażerki.
- Evelyn.- Uśmiechnęła się.
- Miło mi poznać. Podałbym ci rękę ale nie chcę wpakować nas w słup albo do jakiegoś rowu..- Zaśmiał się.
- Hej, może wpadłabyś do nas na kolację?- Wypaliłam nagle.
- Dobry pomysł.- Zgodził się pan kierowca.- Speniu na pewno się ucieszy...
Zapadła krótka cisza, podczas której trwania walnęłam się otwartą dłonią w czoło, Brendon zorientował się, że palnął głupstwo, a Evelyn zastanawiała się co powinna powiedzieć. W końcu wykrztusiła z siebie:
- Speniu?
- No tak, Spencer. Mówił, że ..że wyglądasz na miłą. - Próbował się ratować Urie.
- Racja.- Dorzuciłam.- A wiadomo, że sąsiadki trzeba dobrze traktować. No oczywiście weź ze sobą współlokatorki!
Eve wyglądała jakby miała ochotę się roześmiać, ale chyba stwierdziła, że wyglądałoby to trochę nietaktownie, powiedziała więc tylko, że chętnie wpadną.
*
- Jak mogłeś powiedzieć coś takiego?!- Bulwersowała się Natty, wchodząc do domu i wieszając kurtkę na wieszaku.
- Nie przesadzaj, może się nie domyśliła.
- Sranie w banie! Gadasz takie rzeczy, a nawet nie wiesz czy Spencer na prawdę coś do niej poczuł.
- Dobra, spokojnie.- Próbował zakończyć wywód przyjaciółki Brendon.- Jeśli jest mu obojętna to będzie się zachowywał normalnie, a ona pomyśli, że na prawdę nie chodziło nam o nic specjalnego. No.. a jeżeli Spen zacznie wariować, Evelyn zobaczy, że w tym co mówiliśmy w samochodzie coś się kryje. I wtedy wszystko wyjdzie na jaw, ona będzie musiała zacząc się przyglądać facetowi, którego zainteresowała, a on na pewno nie da plamy skoro mu zależy. Tak więc..
- Jasne. Nie filozofuj. Spencer nas zabije jak się dowie.
Żeby było śmieszniej to omawiany pojawił się w hallu.
- Dlaczego miałbym was zabić?
Nat i Bden spojrzeli na siebie bezradni. Wyglądało na to, że żaden z nich nie wie co mógłby powiedzieć Smithowi.
- A... nic. Takie tam.- Walnął w końcu Urie, niemal wbiegając za dziewczyną wgłąb domu.
Szybko pobiegli na górę. U szczytu schodów zatrzymali się na chwilę, by sprawdzić czy chłopak jest jeszcze zainteresowany ich ewentualnym morderstwem. Niestety był. Czym prędzej więc zamknęli się w pierwszym lepszym pomieszczeniu.
- A co wy tu robicie?- Zdziwił się Jon, do którego należał pokój.
- Chowamy się przed Spencerem, który nas zabije, jak się dowie co komu wygadaliśmy. Nic specjalnego.- Wyjaśniła Evans.
Walker uniósł brwi, a w tym samym czasie rozległo się pukanie.
- Dowiem się o co chodzi?- Zawołał S.- Wiem, że tam jesteście!
- Dobra.- Westchnął Brendon.- Ale Speniu, proszę, oszczędź nas. Pamiętaj, że bardzo cię cenimy. Tak, ciebie, twoją perkusję, fryzurę, uśmiech.. nawet brudne skarpety pod łóżkiem.
- Że co?
- Słuchaj..- Wtrąciła się Nat.- Bo.. bo... no bo my.. wygadaliśmysięEvelyn,żecięzauroczyłatoznaczyBrendonwygadałniedosłowniealepewniesiękapnęłajeślinieuwierzyławnaszepóźniejszetłumaczenia.
- CO?!
- No to po was.- Skwitował Jon.
- ZABIJĘ WAS! WYŁAZIĆ!
- Wygląda na to, że podzielisz się z nami swoimi czterema ścianami.- Stwierdził Urie.
Do wieczora udało się uspokoić Spencera, który upierał się, że gdy sąsiadki się pojawią to jego akurat "nie będzie".
- Spen, nie bądź tchórzem!- Zawołała Mia z kuchni.- Zaimponuj jej!
- Ale ja wcale nie mówiłem, że ona mnie zauroczyła!- Upierał się.
- Dobra, i tak wiemy. Nie wysilaj się.- Wtrącił swoje trzy grosze Ross.
- Sąsiadka jak sąsiadka, co z tego, że z nią rozmawiałem? To jeszcze nic nie..
- Tak, tak, Speniu..- Przerwała Nat.- Lepiej wybierz miejsca dla siebie i swojej przyszłej ukochanej.
Chłopak przyjrzał się prawie przygotowanemu stołowi. Zezował na wszystkie strony, aż w końcu jego wzrok zatrzymał się na dwóch miejscach.
- No.. niech będzie tam.- Powiedział do Natty, wskazując palcem w odpowiednią stronę.- Ale wcale się nie zakochałem.
- Tak, tak, Speniu.
Rozległ się dzwonek do drzwi. Wszyscy zebrali się w jadalni, a Natty poszła otworzyć drzwi.
- Jak wyglądam?- Zapytał Smith.- Nie żebym się zakochał..
- Dobra, dobra. Wyglądasz jak żul.- Skwitował go Bden.- Leć na górę i załóż tą czarną koszulkę z nadrukiem.
- Tak, tak. Jasne. Już lecę.
Urie tylko pokręcił głową. W tym samym czasie Evelyn i jej współlokatorki nieśmiało weszły do pomieszczenia, rozglądając się wokoło.
- Witamy, witamy w naszych skromnych progach!- Zawołał brunet.- Jestem Brendon.
Wszyscy po kolei zaczęli się przedstawiać. Okazało się, że przeciętnej urody blondynka ma na imię Lisa, czarnowłosa i najwyższa z nich dziewczyna- Georgie, a ruda prawdopodobnie tancerka- Carrie. Gdy całe towarzystwo w końcu znalazło sobie swoje miejsce przy stole, na dół zszedł Spencer. Spojrzał na jedyne wolne miejsce- to obok Eve i momentalnie spalił buraka.
Co za wstyd..
Nat machała rękoma, próbując go zmusić, by przestał szaleć i jakoś pozbył się czerwonej barwy ze swojej twarzy. Na szczęście się udało.
Spencer
Nie było tak źle! Nawet śmiała się z mojego żartu!
Opadłem na łóżko, podkładając sobie ręce pod głowę. W sumie to nawet byłem z siebie dumny. Niepotrzebnie panikowałem. Gdybym miał pamietnik, pewnie coś bym w nim o tym napisał. No cóż, nie miałem. Zamiast męczyć długopis, wyjrzałem przez okno. U dziewczyn paliło się światło. Ciekawe dlaczego nigdy nie opuszczały rolet (xD) Wyglądało na to, że o czymś dyskutują. Jedna z nich jak zwykle żywo gestykulowała. Po chwili trzy z nich wyszły. Evelyn usiadła przy oknie. Patrzyłem na nią, oczywiście zapominając, że ja też nigdy nie używam rolet.
Zamigała światłem. Strasznie mnie to rozbawiło. Podszedłem do włącznika i zrobiłem to samo. A potem się roześmiałem.
-------------------------------------
* w USA mają kursy? Chyba nie ale pasuje do kontekstu :P
komentarze [0]
52. STYCZEŃ cz.1/ 'Just because I'm losing (...) doesn't mean I'll stop' >> sobota, 29 listopada 2008 13:58:13
Las Vegas,NV
- Kurde, ale ty jesteś skacowany!- Wykrzyknął Pete, gdy Andy pojawił się w kuchni.
- Spierdalaj.- Wybąkał Hurley, poczym wyciągnął z lodówki butelkę wody i nienaturalnie szybko wypił połowę.- Nie jest tak źle..
- Jak widać na załączonym obrazku..
- Przecież ja jestem straight edge!!- Jęknął Andy, waląc głową o stół.- Ała..
Brendon stał przed lustrem i przyglądał się swoim worom pod oczyma.
- A mama mi mówiła, żebym nie pił..- Stwierdził, poczym opadł na kafelki przytulając do nich policzek.- Co za ulga..
Nagle ktoś zapukał.
- Czeeego?- Jęknął Urie, nieco odrywając głowę od posadzki.
- BRENDON, WYŁAŹ! ZARAZ SIĘ ZLEJĘ!- Wrzasnął Joe, nadal waląc w drzwi.
Chcąc, nie chcąc, brunet, ociągając się, stanął na nogi i anemicznie nacisnął na klamkę. Joe po prostu wziął go za szmaty i wywalił z łazienki, a sam wparował do niej jak torpeda.
- Trochę delikatności!- Oburzył się poszkodowany.
Już po chwili biegł do kuchni, by pozbawić zapasy picia butelki wody. Czy czegokolwiek.. W kuchni trwała jednak walka o dwie ostatnie butelki wcześniej wspomnianego napoju. Brendon niestety nie wyszedł z niej zwycięsko, musiał więc zadowolić się wodą z kranu. Raczej nie przejmował się, że nie ma zbyt wyszukanego smaku..
- Banda alkoholików!- Roześmiał się Ryan, który wypił tylko symboliczny kieliszek szampana.
W mniej więcej tym samym stanie byli Pete i Mia*. Cała trójka, jako najbardziej ogarnięta, udała się do najbliższego sklepu po dostawę napojów. Nietrudno było się domyślić co działo się po ich powrocie..
Około piętnastej Kurt i Cassie (której Jon najchętniej by nie puszczał) podziękowali za imprezę i wrócili do domów. Wprawdzie chcieli jeszcze pomóc sprzątać, ale nie spotkało się to z aprobatą domowników i fall out boysów, którzy jednak uparli się, by coś robić. Ogarnianie domu zajęło parę godzin. Około osiemnastej wyszli bo Reese, Pete, Patrick, Joe i Andy mieli być o dziewiętnastej na lotnisku.
- Szkoda, że wszyscy już poszli.- Westchnął Jon, który próbował skupić się na oglądaniu jakiegoś noworocznego teleturnieju i jedzeniu rosołu** na raz.
- Ta, szczególnie Cassie, co?- Zaśmiała się Clarissa, po chwili wpychając sobie do ust kolejną porcję zupy.
Chłopak trochę się zaczerwienił ale nic nie odpowiedział. Podniósł tylko z ziemii telefon i zajął się męczeniem przycisków.
- Jon, nie pisz do niej ciągle bo ci ucieknie.- Odezwała się Natty, która właśnie poprawiała sobie poduszkę spoczywającą na ramieniu Ryana.
- Dobra, niech robi, co chce, w końcu są ze sobą. Zawstydzacie go.- W końcu z pomocą przyszła Mia.
Jon uśmiechnął się do niej, wdzięczny za to stwierdzenie.
- Zaraz wracam.- Wtrącił Spencer, poczym udał się do swojego pokoju.
Położył się na łóżku, podkładając sobie ręcę pod głowę. Miał dość tego oglądania czujegoś szczęścia, czy słuchania opowiadań o przysłowiowych drugich połówkach. Nagle poczuł się cholernie samotnie. Natty i Ryan- chyba najszczęśliwsza para, jaką znał. Mia i Brendon- też strasznie do siebie pasowali. Teraz jeszcze Jon i Cassie- wyglądało to strasznie poważnie. A on? On nie miał nikogo dla kogo mógłby rozwalić pałeczki od perkusji z miłości. Nikogo komu mógłby patrzeć w oczy przy blasku księżyca. Nikogo, kogo mógłby słuchać i kto mógłby słuchać jego nawet o trzeciej nad ranem. Zero.
Nie no, Spen, przestań. Nie bądź mięczakiem!
- Ale ja nie mogę!- Krzyknął nagle.
- Czego nie możesz?- Spytał nagle Ryan, który najwidoczniej wszedł na piętro.
- Ja? Eeeee..znaleźć ładowarki!- Odkrzyknął, na wszelki wypadek rzucając się na podłogę i udając, że przegląda dolną szufladę swojej komody.- Zaraz zejdę!
- Aha.
Gdy kroki Rossa ucichły, otarł szybę rękawem i wyjrzał na zewnątrz. Ku jego zdziwieniu, do jak dotąd pustego domu obok ktoś się najwyraźniej wprowadzał. Zobaczył cztery kobiece sylwetki z walizkami w ręku i oddalającą się ciężarówkę. Po chwili w oknie na przeciwko zapaliło się światło. Dziewczyny usiadły przy stole w kuchni i zaczęły rozmawiać. Spencer wyciągnął z szafy lornetkę (jak zwykle wyposażony..xD) i zaczął się im przyglądać. Jedna miała blond włosy do ramion, była strasznie chuda, o przeciętnych rysach twarzy i niewysokim wzroście. Druga miała czarne włosy, które wyglądały na wyprostowane i strasznie żywo gestykulowała. Była wyższa niż pozostałe, ale nie tak chuda jak ta blondynka. Trzecia z nich wyróżniała się burzą rudych włosów i chodem modelki- musiała tańczyć albo coś w tym stylu. A ostatnia? Raczej wysoka dziewczyna o przepięknych kasztanowych włosach i przyjemnym uśmiechu. Trochę jej brakowało do fantazyjnych ruchów rudej ale to właśnie ona olśniła Spencera. Właśnie ona miała w sobie to coś.
- Niemożliwe.- Szepnął do siebie, przecierając oczy.
Już parę sekund później wylądował na podłodze w dziwnej pozycji, orientując się, że nie zgasił światła, a jedna z sąsiadek właśnie spojrzała w kierunku jego okna. Szybko doczołgał się do włącznika i zrobiło się ciemno jak...w dupie u murzyna.
- Speeeeeeeeeeenceeer!!- Zagrzmiał nagle Brendon.- Chodź na pizzęęę!!!
- Nie jestem głodny!!
- No złaź, sami tego nie zjemy!
Stwierdził, że to by było za bardzo podejrzane, więc poszedł. W końcu to "Smith zawsze wyżera innym. Szczególnie pizzę."
Spencer
Poranek był wyjątkowo chłodny. Oczywiście wypadła moja kolej odśnieżania ścieżki do drzwi i podjazdu. Podczas gdy reszta kończyła śniadanie, ja ubrałem najcieplejszą kurtkę, jaką miałem i wyruszyłem na starcie z zimnem. Już niedługo połowa dróżki została uwolniona od śniegu. A potem.. potem ONA wyszła z domu! Z wrażenia upuściłem uchwyt łopaty. Dziewczyna szła akurat obok naszego płota, gdy.. nadępnąłem na tą nieszczęsną łopatę i oberwałem w sam środek czoła..
- Nic ci nie jest?!- Wykrzyknęła, robiąc krok w tył.
Stała przed furtką i patrzyła jak pocieram obolałe miejsce.
- Niee.. chyba nie.- Uśmiechnąłem się ale chyba nie zbyt przekonująco.- Jestem Spencer.- Wypaliłem potem.
Dziewczyna roześmiała się, poczym otworzyła furtkę i przedstawiła się:
- Evelyn.
- Mieszkamy obok. Fajnie, co?
Nie, to było nagłupsze, co mogłem powiedzieć. Zacząłem marzyć o natychmiastowym zniknięciu. Taka stara dupa a nie umie porozmawiać z sąsiadką..
- Mam nadzieję!- Znów pokazała rząd zadbanych zębów.- Ocenię przy bliższym poznaniu. A tak w ogóle to ty..- Nagle przerwała.
- Co ja?
- Ty jesteś.. Spencer Smith? Ten perkusista Panic at The Disco?
Trochę mnie tym rozbawiła.
- Owszem. Mieszkam z resztą chłopaków i dziewczynami dwóch z nich.
- A to ci sprawa..- Powiedziała bardziej do siebie, niż do mnie.- Nieźle trafiłam! Muszę iść, dziewczyny wysłały mnie do sklepu. Do zobaczenia!
- Wiesz gdzie jest sklep? Może pomóc?
- Dziękuję, poradzę sobię.- Uśmiechnęła się, poczym pomachała mi po raz ostani i się oddaliła.
Natty
Od razu na początku Nowego Roku zapisałam się na kurs prawa jazdy. Czułam, że to będzie ułatwienie nie tylko dla mnie. W końcu będziemy mieli dwóch kierowców do dyspozycji. Brendonowi ukrócą się obowiązki, a on na pewno się z tego ucieszy.. Gdy wreszcie mnie zapisano poczułam się jakby w nowym etapie samodzielności. Natty Evans za kółkiem. Dobre sobie!
Tydzień później..
Spencer
- I jak było?- Spytał Ryan, gdy Nat wróciła z kursu prawa jazdy.
- Haha! Nieźle! Poznałam taką przesympatyczną dziewczynę. Trochę się zagadałyśmy.- Zaśmiała się.
- Tak, a jaką?- Spytała Mia.
- Ma na imię Evelyn. A co śmieszniejsze- mieszka obok nas. Dziwię się, że wcześniej nie złapałyśmy kontaktu.. Mówiła coś, że rozmawiała z moim kolegą..
- Ej, nie wydaje wam się, że.. że Clar zapomniała wyłączyć pieca?- Przerwałem chyba najbardziej bezsensownie w całym swoim życiu.
Zapadła cisza, wszyscy unieśli brwi do góry i popatrzeli na mnie jak na wariata.
- Ty z nią gadałeś, nie?- Powiedział Bden, stuprocentowo o tym przekonany.
- Eee..
Przerwał mi Ryan:
- Rany, Spen. Ty się zakochałeś.
-------------------------------------
Dobra, to było bez sensu.
* Pamiętacie problemy Mii z alkoholem? No. To się pohamowała xd
** Nie wiem czy w USA mają rosół..ale pasował do kontekstu xD
Pozdroł.
komentarze [3]
51. GRUDZIEŃ 4/4- Now Or Never! >> niedziela, 26 października 2008 18:03:34
Hej!
Nareszcie zabrałam się za tą notkę. Nie jest najlepsza, bo trochę opuściła mnie wena, ale dedykuję ją osóbce z pirackich opowieści Za to, że zajebiście pisze i w ogóle :D
Pozdrawiam :*
Las Vegas, NV. Wigilijna kolacja.
W końcu zasiedliśmy do świątecznego stołu. Wydawało mi się nawet, że nie widać po nim było z jakim trudem przygotowywaliśmy się na dzisiejszą kolację. Po zamienieniu niezbędnych słów, zabraliśmy się za jedzenie.
- Musieliście to przygotowywać chyba z tydzień.- Stwierdził Patrick, przeżuwając potrawę.
- Nie do końca.- Roześmiał się Spencer.- Ale lepiej nie pytaj o szczegóły.
Stump odpowiedział szerokim uśmiechem.
Atmosfera była tak wspaniała, że ciepło bijące z uśmiechów, nawet z najdrobniejszych gestów mogłoby stopić wszystkie lodowce na Antarktydzie. Niestety nie mogłam to powiedzieć o wigiliach w moim rodzinnym domu. Zimne spojrzenia i rażąca obojętność nie trzymała nas długo przy stole. Reese nie miała źle, to ją zawsze faworyzowali..ale ja nienawidziłam świąt z całego serca. W rezultacie spędzałam cały wieczór w swoim pokoju, wyobrażając sobie uśmiechniętą rodzinę; taką jak z popularnych reklam telewizyjnych. Jeden jedyny raz Clarissa zaprosiła mnie do siebie. Czułam się jednak wyjątkowo nieswojo. Nie lubiłam pytań jej ciotki Stephanie, tak samo jak tonu, którym do mnie mówiła. Uciekłam najszybciej jak się dało, z trudem dostając się do domu przez okno.
A prezenty? Nie mogłam marzyć o szczęściu, a co dopiero o prezentach..
No, może gdy byłam bardzo mała. Ale niezbyt wiele pamiętam z czasów, kiedy prawdopodobnie byliśmy szczęśliwą rodziną.
A teraz? A teraz pokochałam Reese, Clarissa siedzi obok mnie, spędzamy wigilię wszyscy razem, całkiem legalnie.
Nawet nie zauważyłam, kiedy z moich oczu polały się łzy.
- Natty, co się dzieje?- Zatroskał się Ryan. Jego dłoń zacisnęła się na moim ramieniu.
- Ja... ja nigdy nie miałam takiej szczęśliwej wigilii..- Załkałam.
Poczulam się jak idiotka.
Ryan mocno mnie przytulił, a ja wyszeptałam jeszcze:
- tak bardzo wam dziękuję..
- Sama się do tego przyczyniłaś.- Uśmiechnął się krzepiąco Pete.
A potem wszyscy, nie zważając uwagi czy się docisną i jak daleko siedzieli, przytulili mnie.
Czułam istniejącą między nami więź. Czulam ciepło bijące z naszych serc.
Nagle w pokoju zrobiło się jaśniej.
- Zobaczcie, lampki się zaświeciły!- Wykrzyknął rozradowany Jon, który wcześniej stwierdził, ze są zepsute i zostawił je tylko dla pozorów.
Uśmiechnęłam się. Byłam pewna, że to dzięki nam.
Bez sensu? Może. Ale ja na prawdę uwierzyłam w szczęście. Bardziej niż kiedykolwiek.
- Jesteście niemożliwi!- Krzyknęłam, rozpakowywując swój nienaturalnie duży pakunek.- Dziękuję!
W środku znalazłam kilka ramek na zdjęcia, wielki album ilustrujący etapy naszej przyjaźni, górę snickersów i ...
- NOWY BAS ?!
Wszyscy się roześmiali.
- Głupole! Tyle pieniędzy!
- Eeee tam!- Żachnął się Joe.- Album przygotowywaliśmy już jakiś czas, o ramkach też pomyśleliśmy..
- A gitara i snickersy są od nas.- Oświadczył Brendon, wskazując jeszcze na Spencera i Jona.
Od Mii i Clar dostałam kilka książek i kubek z naszym wspólnym zdjęciem.
Foto święta!
Jeszcze raz podziękowałam, poczym zaczęłam się przyglądać innym podarunkom. Przez ogólną euforię przedostał się do mnie głos Ryana, kóry delikatnie chwycił mnie za rękę..
- Chodź ze mną..- Szepnął.- Ode mnie dostaniesz coś specjalnego.
Zacieśniłam uścisk. Wymknęliśmy się z pomieszczenia i zaczęliśmy wspinać się po schodach na górę. W końcu usiedliśmy razem na parapecie w jego pokoju.
- Zamknij oczy.- Poprosił.
Posłusznie wykonałam polecenie, lekko się uśmiechając. Po krótkiej chwili poczułam w dłoni coś chłodnego i jakby na kształt.. serca?
Otworzyłam oczy i spojrzałam na przedmiot.
- Oh!- Wyrzuciłam z siebie z zachwytu.
Trzymałam przepiękny srebrny łańcuszek z wisiorkiem sercem. Właściwie był to zegarek. Zauważyłam, że da się go otworzyć.
- Ryan!- Zawołałam, rzucając mu się na szyję.- Dziękuję!
W środku było nasze zdjęcie, a pod nim podpis
Kocham Cię. Ponad czasem i śmiercią.
Ryan pocałował mnie w czoło i zawiesił łańcuszek na szyji.
- Jesteś całym moim życiem.- Szepnęłam, zatapiając się w jego delikatnych wargach.
Trzasnęły drzwi, dom wypełnily strzępki rozmowy Natty i Brendona.
- Zaprosiłam Kurta!- Zawołała dziewczyna, przepychając się z Uriem, by wejść jako pierwsza.
- Cassie też przyjdzie.- Dodał Jon, lekko się uśmiechając. Nawet największy twardziel poszedłby w jego ślady.
- Woow!- Zawołał Spen.- Nareszcie ją poznamy. Jestem bardzo ciekawy któż to mógł tak bardzo zawrócić ci w głowie, stary.
- Tylko ona.
Las Vegas, NV, 31 grudnia
- Nie no, powtórka z rozywki, nie wytrzymam.- Jęknęła Mia, obserwując poczynania panicznych w sylwestrowy poranek.
- Mówisz o wczesnym wstawaniu?- Spytał Brendon, udając, że nie wie o co może chodzić.
Spencer mocujący się z segregowaniem fajerwerek i sztucznych ogni, uśmiechnął się wymownie, a dziewczyna wywróciła oczyma.
- Może wam pomóc?- Spytała.
- Nie trzeba. Jesteśmy w końcu mężczyznami!- Odrzekł dumnie Jon.
- Phi..
- Baby do garów!!- Zawołał Bden, wymachując palcem wskazującym.- Wedle tradycji!
- Ja ci zaraz dam wedle tradycji!- Oburzyła się Hathaway.
- Umieram ze strachu!- Jeknął teatralnie brunet, osłaniając się rękoma.- Ale to nie zmienia faktu, że baby do garów!
- A mężczyźni do prac ręcznych.- Poparli Jon i Spencer.
- Hathaway! Urie!- Zawołał nagle Ryan, który pojawił się u progu.
Wszyscy spojrzeli w jego stronę. Jakoś wątpili,że pan chuderlak mógłby nimi dowodzić. Ten odezwał się ponownie.
- Hathaway i Urie do pomocy w kuchni!! Smith i Walker marsz do segregowania fajerwerków!
W pomieszczeniu rozległo się przeciągłe "eeee...?"
- RUCHY KLUCHY!- Wrzasnął Ross i wszyscy zajęli się swoimi zadaniami.
Nie ma to jak rossół power.
Lampek ozdabiających willę zdecydowanie przybyło. Nikt nie wiedział skąd Jon je wytrzasnął, nikt też o to nie pytał. Jany blask bowiem stał się dopełnieniem znakomitej atmosfery. Śniegu spadło w sam raz- ani za dużo, ani za mało, trzeba było jednak odśnieżyć ścieżkę prowadzącą do wejścia. Przed drzwiami, oczywiście przykryte płachtą, stały skrzynki z fajerwerkami i zimnymi ogniami. Na samych drzwiach dalej znajodował się zielony wieniec zaopatrzony w lampki. W środku trwały ostatnie przygotowania. Na szczęście nieco spokojniejsze od Bożonarodzeniowych. Natty i Clarissa śmiały się z żartów opowiadanych sobie nawzajem w kuchni. Mia powoli uprzątała pozostałości po przygotowaniu kłopotliwej potrawy, na którą przepis znalazł gdzieś Pete, a Brendon pokrywał lukrem nową porcję ciastek. Natomiast salonem zajmowali się Spencer, Jon i Joe, którzy obmyślali strategię ułożenia mebli. Pete, Patrick i Andy ścielili łóżka dla Kurta i Cassie, którzy, rzecz jasna, mieli zostać na noc. Wprawdzie mówiono o niespaniu ale trzeba było zachowywać pozory. Zadbali także o dobór trunków, które, wbrew temu, że byli straight edge, pozwalali sobie wypić ten jeden raz w roku. A co z Ryanem? Otóż pan Ross po prostu spał. Nie można było mu się jednak dziwić. Mimo osłabienia chorobą, nieźle się zaangażował.
Cassie szybkim krokiem przemierzała ulice Vegas. Denerwowała się. Jej obcasy stukały w rytm krążących w głowie myśli. Starannie ułożone brązowe loki uderzały w jej twarz, gdy tylko zerwał się wiatr. Prosta czerwona sukienka ukryta pod długim płaszczem wydawała się jej odpowiednia na sylwestra u Jona..i jego przyjaciół.
Przygryzła wargę. Nie miała pojęcia czy oni wszyscy ją polubią mimo, iż chłopak zapewniał ją o ich pozytywnym nastawieniu w większości spraw.
Poza tym trochę się bała. W jej części miasta trudno było złapać taksówkę o tej porze w sylwestra, musiała więc udać się na oddalony o niecały kilometr przystanek autobusowy. Torebkę przewieszoną przez ramię kurczowo ściskała w ręce. Naszła ją myśl, by jednak zadzwonić do Jona i poprosić, żeby przyjechali po nią z tym Brendonem. I z resztą musiała to zrobić bo okazało się, że sprawdziła autobus na zwykłe dni, nie święta. Ciężko wzdychając rozejrzała się wokół siebie, poczym wykręciła numer trzęsącymi się rękoma.
- Co?! No pewnie, dlaczego od razu nie powiedziałaś?...Jasne, zaraz będziemy. Gdzie jesteś? Ok, dosłownie dziesięć minut.- Mówił Jon do telefonu. Po chwili krzyknął:
- Brendoooon!
Omawiany w miarę szybko znalazł się w tym samym pomieszczeniu, pytając o co chodzi.
- Szybko, zbieraj się. Cassie szła kilometr na autobus, a teraz go nie ma. Gdybym wiedział..Z resztą, mniejsza o szczegóły. Szybko!- Ponaglił, podając przyjacielowi miejsce, gdzie utkwiła dziewczyna.
- Tak jest!- Zasalutował Urie.- Ludzie, ja pierwszy zobaczę dziewczynę marzeń Jona!- Zawołał, wbiegając już do hallu.
Zauważyła purpurowego mini vana skręcającego chyba nieco za szybko w stronę przystanku autobusowego. Parę sekund później drzwiczki od strony kierowcy stały już otworem.
- Cześć, już jesteśmy.- Oznajmił Jon.- Wsiadaj szybko, pewnie zmarzłaś.
- Cześć.- Przywitała się dziewczyna, której ręce zaczęły się pocić.- Nie było tak źle, dziękuję wam.
- Jestem Brendon.- Przedstawił się brunet siedzący za kierownicą.
- Cassie.- Odrzekła, ściskając jego dłoń.
" Gratuluję wyboru, stary :D" odczytał po chwili SMSa Jon. Pokiwał tylko głową i napisał " się wie. Tylko wara od niej ;P"
Przy wejściu zrobił się mały tłok bo równo z chłopakami i Cassie przybył Kurt, a reszta wyszła na przywitanie. Wszyscy, po odwieszeniu kurtek na wieszaki, udali się do salonu, którego wygląd napawał dumą autorów wystroju. Na początku goście czuli się nieco skrępowani, ale atmosfera szybko się rozluźniła. Godzinę przed północą, muzykę słychać było już chyba w całym Vegas. Nikt nie siedział dłużej niż dwie minuty. Natty musiała schować większość alkoholu, żeby imprezowicze przedwcześnie się nie upili. Fall Out Boysi nie mieli tego w zwyczaju, no i Ryan nie mógł wariować, ale gorzej z resztą. Najdziwniejsze było to, że do tej pory nie było reporterów. Wytworzyła się jednak opinia, że na pewno pojawią się po uroczystym toaście na dworze.
Trwały ostatnie przygotowania do rozpoczęcia Sylwestrowego toastu. Chłopcy zabrali się już za fajerwerki i sztuczne ognie, reszta rozmawiała w salonie, odpoczywając przed prawdziwym szaleństwem.
- Zaraz wracam.- Powiedziała Natty, poczym wyszła na dwór, by zobaczyć jak idzie Andy'emu, Joemu i Spencerowi.
Stojąc przy wejściu zauważyła kobiecą postać przy furtce. Sekundę później zdała sobie sprawę, że była to..
- REESE!!!!!
Nowoprzybyła rzuciła się przed siebie jak torpeda i wpadła w ramiona siostry. Obie piszczały jakby były szalone, tak bardzo ciesząc się ze spotkania.
- Rodzice nie mogli przyjechać ale..ale..- Reese próbowała wydobyć z siebie jakieś słowa.
- Ważne, że chociaż ty jesteś! Ale się cieszę..puścili cię!!
Śmiejąc się, obie weszły do domu, przed tym jak dziewczyna przywitała się z obecnymi na dworze.
- EEEEEEJ, LUUUDZIE!- Wrzasnął Pete,który wskoczył na stół i zaczął machać rękoma.- SZAMPAN W DŁOŃ I WYPAD NA DWÓR! ZA DWIE MINUTY NOWY ROK!
Wszyscy, jak jeden mąż pochwycili kieliszki i wybiegli na zewnątrz, wcześniej narzucając na siebie kurtki. Ryan chwycił Natty za rękę, ta z kolei ujęła dłoń Reese. Clar wtuliła się w Joego, Mia w Brendona, a reszta stanęła w nieładzie. Jon nie wiedział czy Cassie pozwoli mu się już objąć, postanowił więc zaczekać, aż wszyscy rzucą się w wir świętowania.
- Uwaga...- Zaczął Patrick, a Spencer dodał:
- Zostało trzydzieści sekund.
Podniecenie sięgało zenitu, zebrani spoglądali na zegarki, Kurt szeptał coś do Nat, śmiejąc się.
- Dziesięć!!- Ryknął Brendon, reszta przyłączyła się do odliczania.
-.... Pięć, cztery, trzy, dwa, jeden.........SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU!!- Krzyknęli w końcu przyjaciele i wszyscy zaczęli się ściskać.
Wystrzeliły fajerwerki, rozświetlając niebo paletą barw. Chwytano zimne ognie w ręce, lał się szampan.
Walker, korzystając z okazji, pomachał do Cassie. Zaciekawiona dziewczyna ruszyła za nim w kierunku domu. Niepostrzeżenie wspięli się na poddasze i wyszli na balkon. Na dole wciąż trwało noworoczne świętowanie. Chłopcy wystrzeliwywali kolejne fajerwerki, które dołączały do innych rozświetlających czerń nieba nad Vegas.
- Cassie..- Szepnął chłopak, nieśmiało biorąc brunetkę za rękę.
Nie opierała się. Na jej ustach zagościł promienny uśmiech, a oczy błyszczały. To dodało Jonowi odwagi.
Teraz, albo nigdy- pomyślał i powoli, ze skupieniem powiedział:
- Kocham Cię. Kochałem Cię od momentu, gdy pierwszy raz pojawiłaś się w polu mojego widzenia.
Czekał na reakcję. Cassie przez chwilę jakby się zastanawiała, ale potem odważnie spojrzała mu w oczy i delikatnie dotknęła wargami jego ust. Chłopak objął ją mocniej i zachłannie oddawał pocałunki.
Nagle z dołu dało słyszeć się oklaski i wiwaty na cześć nowej pary.
- SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU!- Krzyknęli zakochani z balkonu.
Jon był pewien, że nigdy nie zapomni tego dnia.
komentarze [5]
50. GRUDZIEŃ cz.3- "Ale mnie wystraszyłaś!" >> piątek, 3 października 2008 21:27:52
Ok, notka dla Starej czyli Kazii [
1. Jest zajebista (Kazia, nie notka, rzecz jasna)
2. Kazała mi dodać to cośxD
3. Też zadedykowała mi swój odcinek ;)
Muszę tu dodać, że trochę głupio mi takie badziew mojej mężce (buahaha) dedykować xD
Pozdrawiam ;)
---------------------------
-Nie..
Kurt, który nie odrywał wzroku od zmartwionej dziewczyny, przestraszył się nie na żarty. A jeśli z Rossem coś..nie tak?
- No..o co chodzi? Natty?- Wyrwał ją z transu.
- Och.- Westchnęła.- Wypiszą go dopiero w wigilię.
- Ale mnie wystraszyłaś!- Wykrzyknął chłopak, siadając na krześle z wrażenia.
- Czym?
- Ależ niczym! To nic, że szeptałaś "nie.." przeglądając wyniki badań swojego chłopaka.
- Przepraszam, musiało to strasznie wyglądać.
- Nie szkodzi.- Machnął ręką.
- Idę do Ryana.- Oznajmiła Nat, uśmiechając się jeszcze raz przepraszająco.- Szykuj wodę na kawę!
Kurt doszedł do wniosku, że jej współlokatorzy muszą mieć z nią ciekawe życie. Zaśmiał się cicho, poczym chwycił czajnik i udał się prosto długim korytarzem.
**
WITAJ W DOMU!- Głosił napis na wielkim arkuszu, którego chłopcy wywiesili przed wejściem. Warto byłoby dodać, że właściwie nie był to jeden arkusz, ale kilka posklejanych kartek, oczywiście każda w innym kolorze, co sprawiało trudności przy wypisywaniu słów powitania ( "Głąbie! Przecież czerwony nie może być na zielonym!") Aż nie można było się nadziwić, że w ogóle zainwestowali w blok techniczny..
- Piękne.- Roześmiała sie Natty, przyglądając się chwile dziełu przyjaciół, które niesłychanie ją rozbawiło.- Teraz miło by było, jakbyście się wzięli za sprzątanie.
- Nie możemy jakoś..- Zaczął Brendon, któremu kawałki taśmy przykleiły się do ubrań i który miał wyjątkowo zbolałą minę.
- Nie, nie możecie.- Przerwała czarnowłosa stanowczym tonem.- Do roboty! I nie zapomnijcie o ozdobach. Ja lecę do kuchni.
- W końcu jest Wigilia..- Wzruszył ramionami Jon.
- Ósma rano w Wigilię!- Sprostował Brendon i nienaturalnie głośno wzdychając, ruszył za przyjaciółmi.
Clarissa, która mieszała jedną z potraw, aż podskoczyła na dźwięk zatrzaskiwanych drzwi.
- Cholera by to wzięła!- Rozległ się głos Brendona.- Wszystko już pozamykane!
- I co z tym odkurzaczem?- Spytał zrezygnowany Spencer, spoglądając na maszynę, a raczej to, co z niej zostało. Należałoby tu dodać, że tylko paniczni, ewentualnie ludzie z ich otoczenia, są zdolni do odstawiania takich akcji.
- Świetnie.- Wtrąciła Mia.- Jak, powiedzcie mi, no jak można TAK ROZPIEPRZYĆ odkurzacz?! I co teraz? Będziecie sprzątać zębami? Przecież na tym dywanie jest pełno okruchów..
- Zwiniemy go i położymy nowy.- Zaproponował Jon, próbując ją uspokoić.
- Albo po prostu go wytrzepiemy..- Podsunął Spenc.
- O nie, nie, nie, nie!- Zaoponowała Mia, zrywając się z fotela.- Jasne. A po drodze potkniecie się o próg, rozsypiecie te okruchy w hallu, umorusacie dywan na dworze, powywalacie się jeszcze raz..
- Najlepiej połóżcie nowy.- Przerwała Nat, widząc, że Hathaway ma po dziurki w nosie tego problemu.
Chłopcy skinęli głowami, poczym wzięli w ręce nieszczęsny dywan i wymaszerowali, oczywiście potykając się o próg.
*
- Halo?- Głos Stumpa przerwał względną ciszę w chicagowskim mieszkaniu. Skinął na Andy'ego, by ściszył telewizor i ponownie przyłożył słuchawkę do ucha.- Już jestem, przepraszam.
Patrick rozmawiał może z pięć minut, z każdą kolejną, mając szerszy uśmiech na ustach.
- Dziękujemy!- Niemal wykrzyknął, poczym pożegnał się i odłożył słuchawkę.
- Co jest?- Zaciekawił się Pete, który musiał się odwrócić, by patrzeć prosto na wokalistę.
- Mamy wolne aż do Nowego Roku!
- A to oznacza..- Podchwycił Wentz, teraz już siadając zupełnie prosto-..że możemy jechać do Vegas!
- Hurra!- Rozległ się wrzask czterech uradowanych osób.
- No to na co jeszcze czekamy?- Przerwał basista.- Pakujcie się! Ostatni samolot odlatuje za nieco ponad godzinę.
Joe spadł z kanapy, Andy zerwał się tak szybko, że był już w pokoju, kiedy Patrick ledwo co wstał, a Pete..Pete kompletnie zwariował ze szczęścia. Byli gotowi w przeciągu piętnastu minut.
- Cześć, Pete.- Przywitała się Nat, odbierając telefon i jednocześnie nastawiając się, że przyjaciel złoży świąteczne życzenia.
- Cześć. Mam dla was dobrą wiadomość.- Powiedział tajemniczo.- Mam nadzieję, że dobrą!
- Wiadomość? Masz nadzieję?- Zasypała go pytaniami.
- Lecimy do Vegas!
- Niemożliwe!- Krzyknęła Natty, upuszczając łyżkę. Na jej twarzy zagościł szeroki uśmiech.- Świetnie!
Wentz się roześmiał.
- Wnioskuję, że się cieszycie. Natomiast mniejszym powodem do radości jest fakt, że lecimy z pustymi rękoma..
- Nie żartuj, nic nie szkodzi. Damy radę, tylko nic się nie martw!
Po skończonej rozmowie Natty przekazała informację domownikom. W willi zapanował jeszcze większy rozgardiasz, niż wcześniej.
Natty
-Gotowe.- Oznajmił rozradowany Brendon.
No tak, Urie happy bo nie trzeba było już nic robić.
- Chłopaki będą za jakieś dwadzieścia minut.- Powiedziałam,rzucając okiem na ścienny zegar.- Najlepiej jedź już na lotnisko.
- Chyba o czymś zapomnieliśmy.- Wtrącił Jon, a Spencer podsunął nam pod nosy czerwoną bombkę.
- CHOINKA!- Wykrzyknęłam, uderzając otwartą dłonią w czoło.
- No to miłej roboty!- Wyszczerzył się Brendon, dzwoniąc kluczykami od samochodu.- Ja spadam!
Spojrzeliśmy po sobie.
- Brendonku, nie mogłabym jakoś...- Zaczęłam przychylnym tonem, gestem pokazując drzwi.
- Nie, nie mogłabyś.- Odrzekł od razu, naśladując mój wcześniejszy ton.- Ktoś musi nastroić choinkę!
I wyszedł, a właściwie wybiegł. Świetnie.
- Mia, Ryan, Clar!!!- Wrzasnęłam równocześnie z Jonem i Spenem.- Pomóóóżcie!
*
Gdy w pudełku została ostatnia bombka- zielona z choinką, usłyszeliśmy kroki pięciu par nóg. Radosne głosy Pete'a, Andy'ego, Patricka i Joego mieszały się ze śmiechem Brendona. Trzasnęły drzwi. Oderwaliśmy się od nieco niestarannie wystrojonej choinki i popędzilismy do hallu.
- Joe!- Pisnęła Clarissa, rzucając się chłopakowi na szyję.
Zrobił się niezły tłok, bo wszyscy musieli się wyściskać.
- Nawet nie masz pojęcia, jak się cieszę.- Powiedział potem Wentz, wchodząc do wnętrza domu. Po chwili wyjął zieloną bombkę z pudełka i powiesił ją jako ostatnią na świątecznym drzewku.
- A może jednak wiem..?- Uśmiechnęłam się, obserwując jego szeroki uśmiech.
Godzinę, może dwie przed rozpoczęciem wigilijnej kolacji, czułam się już totalnie jak w trasie koncertowej. Papierki po Snickersach walające się po dywanie, Brendon i jego kampania reklamowa owych batonów, głośne śmiechy i opowieści o minionym czasie. Wszytko to wypełniało pokój, niczym wszechobecnie bijące ciepło.
- Jak za starych dobrych czasów.- Zażartowałam, opierając się o futrynę drzwi.
Odpowiedział mi śmiech. Znów. I bardzo dobrze. Chwilę potem czasy naszej wspólnej trasy powróciły ze zdwojoną siłą. Zaczęły się ostatnie szalone przygotowania do rozpoczęcia kolacji.
Czego można było chcieć więcej?
komentarze [6]
49. GRUDZIEŃ cz.2- Please don't leave me! >> niedziela, 21 września 2008 14:09:12
Las Vegas, NV, 11:00
Brendon
- Mia, przepraszam.- Powiedziałem półtonem, wchodząc do jej pokoju. Wiedziałem, że już nie spała. Poruszyła się niespokojnie.
-Zostaw mnie.- Odezwała się po chwili, zaspana.
Westchnąłem, wbijając spojrzenie w zasłonięte żaluzjami okno. Przez szpary sączyły się promienie słoneczne, padające nieśmiało na podłogę i zwiniętą w kłębek Mię.
- Nie wiem, co mi odbiło. Myślałem..że..że on chce mi ciebie zabrać.- Wyznałem z uderzającą szczerością.- Zachowałem się..podle. Miałaś rację..
- Nie gadaj tyle.- Przerwała, odsłaniając kołdrę z twarzy.- Dlaczego nie przeprosisz Williama?
- Bo to ciebie bardziej zraniłem.- Odpowiedziałem bez zastanowienia.
- Nie mi rozwaliłeś nos.- Upierała się przy swoim, choć pewnie w głębi ducha przyznała mi rację.
Skinąłem głową, choć nie mogła tego zobaczyć, i wyszedłem ze spuszczoną głową. Pora odkupić swoje winy. Schodząc na dół, napotkałem gościa.
- Dzień dobry.- Przywitał się tylko z grzeczności.
- Hej, poczekaj!- Zatrzymałem go.- Przepraszam za wczoraj.
- Robisz to po to, żeby Mia zaczęła z tobą rozmawiać?- Spytał nagle, zdmuchując włosy z czoła.
- Między innymi.- Przyznałem.Przejrzał mnie, nie było po co kłamać.- Ale nie kłamałem, na prawdę jest mi przykro. Za nos i.. w ogóle. Jeszcze raz przepraszam.
William patrzył na mnie badawczo. W jego oczach jednak nie sposób było dopatrzeć się złośliwości,politowania, czy czegokolwiek w tym stylu.
Wyciągnąłem do niego dłoń, którą po chwili ujął.
- Zgoda. Zobaczymy jak będziesz się zachowywał.- Rzekł z czymś na kształt uśmiechu na ustach.
- Jak Brendon Urie, a nie Brendon dupek.- Zapewniłem.
11 grudnia
Mia
William i Brendon usadowili się na przednich siedzeniach purpurowego mini vana. Ja wskoczyłam na tył i zatrzasnęłam drzwiczki. Wyjrzałam przez okno, z uśmiechem przysłuchując się rozmowie chłopaków. Cóż, na początku nic nie zapowiadało się na to, że kiedyś będą ze sobą normalnie rozmawiać. Na szczęście Urie zmądrzał i teraz obaj mieli mnie w nosie, tak się zagadali. Uśmiechnęłam się jeszcze szerzej- tak, że aż zabolały mnie policzki. Następnie wyciągnęłam z torby aparat i zrobiłam im spontaniczne zdjęcie. Staliśmy akurat na czerwonym świetle i chłopcy rozmawiali twarzami zwróceni do siebie. Ujęłam ich akurat wtedy, gdy się śmiali. Na lotnisku zrobiliśmy sobie jeszcze kilka fotografii. Ostatnia została wykonana przy pomocy samowyzwalacza aparatu ustawionego na walizce Willa.
- Ostatnie przypomnienie dla pasażerów lotu 104.. Samolot odlatuje za pięć minut.- Rozbrzmiał automatyczny głos spikerki.
- No pięknie..- Mruknął do siebie Trees.- Znów będę ostatni.- Dodał już głośniej i roześmiał się.
Westchnęłam, chowając aparat do torby.
- Do zobaczenia.- Pożegnałam się, mocno przytulając przyjaciela.- Pozdrów moich rodziców i Blake'a. Powiedz mu, żeby przyjeżdżał, jak tylko będzie mógł.
- Nie ma sprawy.- Zapewnił, a następnie poklepał Bdena po plecach.- Na razie, stary.
' Stary' ! Haha, a to ci sprawa. Lepiej być nie mogło.
- Odwiedź nas jeszcze kiedyś.- Zachęcił Brendon.
Już po chwili ostatni raz machaliśmy oddalającemu się w szybkim tempie Williamowi.
- Nie wyobrażam sobie, że mógłbym cię stracić. Kocham cię!- Oznajmił radośnie Urie. Wziął mnie w objęcia i nie zważając na nic, ani na nikogo, pocałował na środku lotniska.
Natty
- Ryan!- Zawołałam, biegnąc po schodach.
Odpowiedziała mi cisza. No tak, objawiało się oblicze Ryanek o niczym nie pamięta, bo ogarnęła go nagła wena. Przecież prosiłam, żeby zszedł.- pomyślałam z lekkim oburzeniem.
Doszłam na nasze piętro i skierowałam się w kierunku jego pokoju. Pukając do drzwi, nie spodziewałam się, że otworzy i słusznie. Nacisnęłam klamkę i weszłam do środka z zamiarem wyrwania go z transu tworzenia.
- Cholera!- Wrzasnęłam przerażona.
Chłopak leżał nieruchomo na ziemii, obok krzesła z którego musiał spaść. Na biurku spoczywał otwarty zeszyt, a na podłodze długopis. Walcząc z ogarniającą mnie paniką, próbowałam myśleć logicznie.
- Ryan, Ryan..słyszysz mnie?- Zaczęłam gorączowo szeptać, klękając tuż koło niego i klepiąc go po policzkach.
Sprawdziłam puls. Był. Oddychał. Tylko dlaczego się nie budził?!
- SPENCEEER! JOON! CLAAAR!- Wrzasnęłam, zrywając się na równe nogi.
- Co się stało?- Spytali, zjawiając się wyjątkowo szybko jak na powrót z sali bilardowej.
- Ryan jest nieprzytomny.- Rzuciłam z paniką.- Nie wiem, czy to cos poważnego.
- Spokojnie.- Powiedział Jon, kładąc mi ręce na ramionach. Trzęsłam się na całym ciele.
- Ułożę go w prawidłowej pozycji.- Oznajmił Smith, wbiegając do pomieszczenia za Clarissą.- Zadzwońcie po karetkę!
Około godzinę później..
Natty
Po niecałej godzinie czekania, wreszcie pojawił się lekarz dyżurny. Mia, Brendon, Jon, Spencer, Clarissa i ja skupiliśmy na nim swoje spojrzenia.
- I co z nim?- Spytałam.
- Wystąpiły powikłania.- Poinformował specjalista.- Proszę się nie martwić, mieliśmy już z nimi styczność. Wiemy, co robić.
Słowa mężczyzny nie zdołały mnie uspokoić. Stres, strach, zmęczenie skumulowały się i wypłynęły ze mnie pod postacią samotnej łzy.
- O mój Boże..- Szepnęłam.
Clarissa położyła mi dłoń na ramieniu.
dwa dni później
- Cześć.- Jon Walker uśmiechnął się do niskiej brunetki.
- Cześć.- Odpowiedziała, podając mu dłoń, poczym usiadła po drugiej stronie stołu.
- Co słychać?- Spytał Jon.- Dawno się nie widzieliśmy.
- Och, nie tak znowu.- Uśmiechnęła się.-Coraz lepiej, zaczynam odżywać. A..co u Ciebie?
- Nie jest źle.. Tylko Ryan wylądował w szpitalu.
Czuł, że nie musiał tego przed nią ukrywać, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, iż prasa zapewne niedługo się dowie i puści tą informację w obieg.
- Ojej..co z nim?- Zatroskała się Cassie.
- Jakieś powikłania. Mówią, że wiedzą, co robią.- Westchnął.- Zamawiamy coś?- Spytał, nie chcąc psuć sobie humoru.
Dziewczyna chyba wyczuła jego niechęc do tego tematu, więc skinęła tylko głową i zajrzała do menu. Po chwili sączyli już gorącą czekoladę z dużych kubków, rozmawiając o całkiem czym innym. Czuli się swobodnie w swoim towarzystwie, co okazywali, wymieniając uśmiechy.
To ta.- pomyślał Walker, czując, że może tym razem mu się uda. Brunetce zrobiło się ciepło na sercu i bynajmniej nie była to zasługa ciepłego napoju. Odstawiła pusty kubek na stolik, modląc się, by nie zacząc głośno się śmiać, i dołożyła parę drobnych.
- Do zobaczenia.- Pożegnała się pocałunkiem w policzek.- Zadzwoń.
Wyszła krokiem baletnicy. Jon obserwował ją, póki nie zniknęła za rogiem. Następnie zapłacił i sam wstał, udając się na poszukiwanie taksówki.
*
Tymczasem Peter Wentz grał partię basu w garderobie. Lekko pochylony, smagał struny piórkiem i nucił melodię 'thanks for the memories'.
- Chyba zadzwonię do Natty.- Powiedział po chwili do siedzącego obok Andy'ego, który wystukiwał rytm, przyglądając się swoim palcom w lustrze.
- Za pięc minut wychodzimy.- Przypomniał perkusista, odwracając się do niego.- No nie mów, że tak tęsknisz za tamtą trasą. Nie do wiary.
- A jednak..trochę.- Przyznał Wentz.- Poza tym jestem już nieco zmęczony.
- Ja też.- Wtrącił Patrick, który właśnie wszedł do pomieszczenia.- Masz, Pete.- Zwrócił się do basisty, podając mu gitarę i przypominając, że zaczyna z tą.
Czarnowłosy przyjął bas z westchnieniem.
- No, chłopaki,ruszać się!- Zawołał w tym momencie Joe, zawieszajac sobie gitarę na ramieniu.- Mamy dwie minuty.
Gęsiego wyszli z garderoby. Pete Wentz chyba pierwszy raz miał na prawdę dość koncertów.
*
Pierwsze kilka dni w szpitalu Ryana Rossa były prawdziwą udręka tak dla lekarzy, jak dla niego samego i reszty mieszkańców willi w Vegas. Powiedzenie 'prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie' sprawdzilo się jednak i w tym przypadku. Codzienne ktoś zajmował krzesła przy łóżku Ryana. Zawsze pojawiała się Natty. Siadała obok chłopaka i trzymała go za rękę, szepcząc, że go nie zostawi. Nie chciała by w siebie zwątpił, obawiała się jednak, że nie do końca jest zdolna pomóc mu w prawidłowej ocenie własnej osoby.
- Natty..nie musisz.- Powiedział podczas jednej z wizyt.
- Ale chcę.- Odrzekła pewnie, domykając drzwi sali.- Bo cię kocham.
- Nie chcę być była przywiązana do kogoś, kto niedługo na dobre zamieszka w szpitalu. Albo w kostnicy.
Ostatnie zdanie zraniło ją bardziej, niż mogła się spodziewać. Poczuła ukłucie w sercu.
- N..nie mów tak.- Zaoponowała.- Wiesz, że nie zostaniesz sam. Nie wytrzymałabym, gdybyś teraz ze mną zerwał.
- Ja też nie..- Szepnął.
Evans położyla drugą dłoń na dłoni ukochanego.
- Musimy się cieszyć każdym dniem.- Powiedziała.
*
- Dzień dobry, pani Evans!- Przywitał się szpitalny recepcjonista, machając ręką.
Natty wpadała tak często, że zdążył ją już trochę poznać. Czasem nawet wypijali razem kawę, jeśli oczywiście dziewczyna nie niosła akurat styropianowego kubka z McDonalda.
- Prosiłam, żeby mówił do mnie po imieniu.- Przypomniała.- Chyba nie jestem aż taka stara!
- Przepraszam, zapomniałem. Cześć Natty.- Roześmiał się.
- Cześć, Kurt. No i jak z Ryanem?
- Mam jego wyniki badań.- Poinformował, podając jej brązową kopertę, która leżała za jego plecami. Na jej grzbiesie widniał napis RYAN ROSS- BADANIA i data.
Nat nieco się spięla, ale mimo to pewnie sięgnęła po wyniki, od razu zabierając się za rozrywanie koperty. Po chwili miała już w rękach białą kartkę, zadrukowaną czcionką średniej wielkości.
- I co?- Spytał chłopak, przyglądając się uważnie jej minie.
- Nie..
komentarze [3]
48. GRUDZIEŃ cz.1. 'totalny i chorobliwie zazdrosny dupek' >> niedziela, 7 września 2008 14:13:31
1 Grudnia. Las Vegas, Nevada
Jon
17:02
Biegnąłem tak szybko, jak tylko potrafiłem. Do parku zostało mi jeszcze około pięciu minut drogi, zakładając, że nie pomylę kierunków, a i tak byłem już spóźniony. Na samą myśl, że Cassie mogłaby nie zechcieć dłużej czekać, oblewał mnie zimny pot. W końcu jednak ujrzałem bramę parku. Była stara, a co za tym idzie, obdrapana. Nikt nie pofatygował się, by odnowić jej zieleń. Pobiegłem dalej. Wtedy ją zobaczyłem. Siedziała dwie alejki dalej, czytając książkę w jasnej okładce. Jej rozpuszczone włosy lekko falowały na wietrze, a twarz przypominała mi rzeźbę myśliciela. Zwolniłem trochę, by jej nie przestraszyć. Po chwili podniosła na mnie wzrok.
- Cześć.- Przywitałem się.- Przepraszam za spóźnienie.
- Cześć.- Odrzekła, chowając książkę do obszernej torby, a następnie podała mi dłoń.- Nie szkodzi, przynajmniej trochę poczytałam.
Usiadłem obok niej. Gorączkowo zastanawiałem się od czego zacząć. Co właściwie miałem jej powiedzieć?
- Cassie, posłuchaj.- Zacząłem w końcu niezgrabnie.- Powiem prosto, choć wcale nie jest to takie łatwe. Od momentu, gdy pierwszy raz cię spotkałem, nie myślałem o żadnej innej dziewczynie.
Zrobiłem pauzę. Cassie wpatrywała się we mnie, nieco onieśmielona.
- Zacząłem cię szukać. Najpierw zadzwoniłem na informację telefoniczną. Jednak niedługo zorientowałem się, że podałaś mi fałszywe nazwisko. Bowiem ani Grace, ani Tina, ani nawet Marschall May cię nie znali. Potem poprosiłem znajomego, by zrobił twój portret pamięciowy i rozwieszałem ogłoszenia.
- Chyba widziałam...Jon, ja nie wiem co powiedzieć.
- Dlaczego przedstawiłaś mi się jako Cassie May?- Spytałem prosto.
- Ja..ja wtedy zwątpiłam w mężczyzn.- Wyznała ze łzami w oczach.- Randall okazał się totalnym dupkiem. Nie miałam ochoty na zawieranie nowych znajomości. Po prostu zablokowałam myśl, że któryć facet może być porządny. Na wypadek podałam ci fałszywe nazwisko i się wycofałam.. Poza tym jesteś sławny i..
- Cassie, spokojnie.- Teraz byłem pewien, że płacze.- Już w porządku. Nie chcę cię skrzywdzić. Nie po to szukałem cię tak długo. Nie dlatego nie umiałem spać, nie umiałem jeść, nie umiałem myśleć o nikim innym.
Dziewczyna nadal cicho łkała. Wyciągnąłem chusteczkę, poczym wytarłem jej łzy z policzków.
- Pozwól mi się poznać.- Powiedziałem.- To, że jestem sławny, nic tu nie znaczy.
- Do..dobrze.- Na jej twarzy pojawiło się coś zbliżonego do uśmiechu.- Ale, proszę, nie pędź strasznie.
Ścisnąłem jej dłoń ze zrozumieniem.
- Nie martw się. Na razie chcę z tobą rozmawiać i z tobą milczeć.
Wreszcie się uśmiechnęła.
2 Grudnia. Las Vegas, Nevada
18:31
- Kochani, będziemy mieli gościa!- Oznajmiła Mia, wchodząc do jadalni z szerokim uśmiechem.
- Jakiego?- Spytał Spencer, wpychając sobie do buzi kawałeczek pizzy.
- Sanepid.- Zażartowała dziewczyna, a Smith jakby nieco się przestraszył.- Nie no, żartuję. Ma na imię William. Przyjedzie za dwa dni i zostanie u nas tydzień. Mam nadzieję, że nie macie nic przeciwko.
- Jasne, że nie.- Powiedziała od razu Natty.- Chętnie poznamy twojego przyjaciela. Przynajmniej ja.
- My też.- Odrzekli chórem Jon, Clar i Ryan.
- A ty, Brendon?- Spytała Mia chłopaka właśnie wchodzącego do pomieszczenia.
- Co?
- Przyjedzie do nas mój przyjaciel jeszcze z dzieciństwa.- Wyjaśniła.
- Ta, świetnie.- Odparł, ponownie wychodząc, bo zaczął dzwonić telefon.
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
- A jego co ugryzło?- Zdziwiła się Clarissa.
- Po prostu jest zazdrosny.- Stwierdził Ry, wstając od stołu.
- Wcale nie jestem zazdrosny !!!!
2 Grudnia. L' Aquilla, Włochy
11:02
William
Porzuciłem niedojedzoną kanapkę na stole i przełykając jej ostatni kawałek, spojrzałem na zegar. Z moich olbliczeń wynikało, że jeśli nie wyjdę właśnie teraz, spóźnię się na samolot do Vegas. Prędko umyłem zęby, a następnie zostawiłem mamie na stole kartkę z informacją, by się nie martwiła i te rzeczy. Wybiegłem z domu. Wszystkie bagaże spakowałem już wcześniej do auta. Teraz wystarczyło tylko przekręcić kluczyk w stacyjce i ruszyć do Rzymu. Kilka psów zaczęło szczekać, gdy silnik mojego samochodu zapalił. Zakładając, że chcą się pożegnać, powiedziałem im 'cześć' i odjechałem. Komu w drogę, temu czas.
Las Vegas, NV
11:40
Mia
- Brendon, pomożesz?- Krzyknęłam z pokoju dla gości.
Miałam zamiar trochę zmienić położenie łóżka, a Urie był w pobliżu.
- Strasznie to ciężkie.- Stwierdziłam, wskazując na mebel.
- Po co chcesz je przesuwać?
- Trochę niedokładnie poukładali tu meble. Wydaje mi się, że łóżko powinno być bardziej pod ścianą.
- A gdzie podziało się to drugie?- Zapytał, jakby ignorując moją odpowiedź.
- Spencer i Jon już je wynieśli. Will chyba nie potrzebuje dwóch.- Uniosłam brwi w górę.- Brendon, czy coś nie tak?
- Nie.- Oburknął.
- Jesteś zazdrosny.- Stwierdziłam.
- Wcale nie.
- Zachowujesz się jak dzieciak.- Pokiwałam głową.- Szkoda, że mi nie ufasz. A teraz pomożesz mi z tym łóżkiem, czy mam sobie ponadwyrężać stawy?
Nagle odezwał się telefon Bdena.
- Sorry.- Powiedział tylko i wyszedł.
Głęboko westchnęłam. W tym momencie poczułam się fatalnie. Bez wsparcia i zaufania z jego strony.
Dobrze.- Pomyślałam.- Skoro telefon jest dla niego ważniejszy, poradzę sobie w pojedynkę.
- Może pomóc?- Zaoferował się Spenc, który niewiadomo kiedy pojawił się w pokoju.
- Jeśli byś mógł .. chciałabym, żeby to łóżko stało bardziej przy ścianie.- Powiedziałam zrezygnowana.
- Nie ma sprawy.- Uśmiechnął się.- A tak właściwie to co to za mina?
- Brendon jest zazdrosny, woli rozmawiać przez telefon, niż ze mną, nie chce mi pomagać, nie ufa mi..- Wyliczałam.- Och, lepiej zajmijmy się tym meblem.
14:10, lotnisko
- Will!- Wrzasnęłam uradowana, poczym podbiegłam do przyjaciela.- Jak dobrze cię widzieć!
Chłopak przytulił mnie mocno, poczym pocałował w oba policzki.
- Ciebie też.- Stwierdził z uśmiechem, ponownie biorąc walizkę w ręce.
- Chodźmy. Czekają już na nas.- Powiedziałam, wskazując na mini wana stojącego na parkingu.
Ruszyliśmy w stronę pojazdu. Po chwili wysiedli z niego Brendon i Natty.
- William, to właśnie mój chłopak, Brendon.- Wskazałam na wspomnianego, który nieco niechętnie wyciągnął dłoń.- A to Natty, moja przyjaciółka.- Dodałam.
Nat przywitała się z większym entuzjazmem.
-Miło cię poznać. Mia trochę nam opowiadała.- Rzekła.
- Dzięki, was również.
- Wsiadajcie już.- Przerwał Urie, sadowiąc się przy kierownicy.- Chyba nie będziemy tu stać całą wieczność.
- Parę minut to jeszcze nie tak długo.- Zażartował przybysz, ale nie doczekał się odpowiedźi.
Zerknęłam groźnie na Bdena. Jeśli dalej będzie odstawiał takie numery, osobiście go ukatrupię.
Wieczorem.
Mia
- Gotowy?- Spytałam, pukając do sypialni Williama.
- Jasne.- Jego uśmiechnięta twarz pojawiła się w przestrzeni między drzwiami, a ścianą.
- No to świetnie.- Klasnęłam w dłonie.- Szykuj się na najlepszą imprezę w Vegas!
Po chwili szliśmy już Freemont Street. Brendon, wciąż naburmuszony, obejmował mnie władczo w pasie, mimo, iż idący obok Trees bardziej przyglądał się budynkom, niżeli mnie.
- To dyskoteka All Night Long - Powiedział Ryan, wskazując na spory budynek z neonowym napisem, gdy niedługo potem dotarliśmy na miejsce.- Chyba najlepsze miejsce, by się zabawić.
- Nieźle.-Skomentował Will.- Tylko chyba nie wszyscy skończyliśmy dwadzieścia jeden lat.
- Słuchaj, jesteśmy sławni.- Oświecił go Spencer, ściągając ciemne okulary i poruszając brwiami.- No problem. Trochę to niesprawiedliwe, ale cóż poradzić na to, że mamy takie idiotyczne prawo. Trzeba sobie radzić.
- Wchodzimy.- Zakomenderowałam.
Chłopaki wszystko załatwili, i już po chwili szaleliśmy na parkiecie. Z głośników popłynęła piosenka Green Daya.
- Idę po drinka.- Oznajmił Brendon.- Chcesz też?
- Nie.- Pokręciłam głową.- Mam ochotę tylko tańczyć!
Chłopak wzruszył ramionami i zaczął się przepychać do baru.
- Widziałaś Brendona.- Spytałam potem Clarissę, która wróciła z 'małego piwka'.
- Siedzi przy barze i się boczy.- Poinformowała.
Zaczęłam się przeciskać we wskazanym kierunku.
- Brendon! Co z tobą, do diabła?
- Nic, a co ma być?! Po prostu piję piwo, czy to takie dziwne?
- Przestań zachowywać się jak dzieciak.- Powiedziałam nadomiar wyraźnie, patrząc mu prosto w oczy.- Ja i William..
Urie nie zechciał wysłuchać mnie do końca. Zerwał się z krzesła i odszedł szybkim krokiem. Tego już było za wiele. Usiadłam w kącie sali i po prostu się rozpłakałam.
- Mia, co się stało?- Usłyszałam głos Willa.
- N..nic.- Wychlipiałam.
- Chodzi o Brendona.- Bardziej stwierdził, niż spytał.- Mogę z nim porozmawiać.
- Nie.- Zaprotestowałam.- Przynajmniej na razie mam go dość.
Po krótkiej ciszy z głośników popłynęła everything we had The Academy Is...
Trees wyjął z kieszeni chusteczkę i podał mi ją. Szybko otarłam mokre policzki.
- Chodź, zatańczymy. Już dawno nie deptałaś stóp przyjaciela.
Uśmiechnęłam się lekko. Już za chwilę kołysaliśmy się w rytm muzyki. Mniej więcej w połowie piosenki zjawił się Pan Obrażony..
Brendon
- No proszę..- Powiedziałem sam do siebie.- Ciekawe co teraz uważa reszta. Rozpierdolę mu czaszkę.
Ruszyłem w ich stronę, wściekły, jak chyba nigdy dotąd.
- Brendon..- Zaczęła Mia ostrzegawczym tonem.
Nie pozwoliłem jej dokończyć. Odepchnąłem tego idiotę tak, że aż zatoczył się do tyłu. Jakaś chuda blondyna dziwnie na mnie spojrzała.
- Spokojnie!- Krzyknął.- Po prostu tańczyliśmy! Chyba trochę przesadzasz.
- Opanuj się.- Dodała Mia, wkraczając między nas.
Nie jestem ślepy! - pomyślałem, poczym przyłożylem mu w twarz. Chłopak złapał się za krwawiący nos.
- JESTEŚ TOTALNYM I CHOROBLIWIE ZAZDROSNYM DUPKIEM, WIESZ?!- Wydarła się na mnie Mia.- Myślisz,że skoro jesteś sławny to wszystko ci wolno?! Nie będziesz mi rozkazywał z kim mam rozmawiać, tańczyć, czy nawet skakać z wieżowca!
Zapłakana wzięła Williama pod rękę i pomogła mu iść.
- Poczekaj!- Krzyknąłem za nią, zdając sobie sprawę, ze zachowałem się idiotycznie.
- Wypierdalaj!
Mia
- Cholera.- Zaklął Will, odkręcając kurek z zimną wodą.- Ale mi przypieprzył..
- Przepraszam, przepraszam..on..
- Mia, to nie twoja wina.- Przerwał.
Zaczęłam wyrywać garściami papier do rąk.
- Masz, przyłóż do nosa.- Powiedziałam, przy okazji ocierając łzy.- Tak mi wstyd za Brendona. Nie wiem..nie mam pojęcia co go napadło.
- Jedno jest pewne- on cię kocha.- Próbował się uśmiechnąć.- Chyba niepotrzebnie przyjechałem, co?
- Nie mów tak! Nie zrobiłeś niczego złego!
- Będzie dobrze.- Powiedział, jedną ręką mnie przytulając, a drugą przykładając papier do krwawiącego nosa.
Nie miałam siły mówić nic więcej. Modliłam się w duchu, by miał rację.
komentarze [4]
47. LISTOPAD 2/2 >> piątek, 29 sierpnia 2008 10:07:28
Ravenna, Włochy
9:47
Natty
Tej nocy sen przyszedł do mnie wcześnie, ale nie spałam dobrze. Gdy się obudziłam, miałam wrażenie, że moja głowa zaraz rozpadnie się na kawałeczki. Potarłam czoło i ociężale podniosłam się z łóżka,prawie lądując na podłodze przez kołdrę, która zaplątała mi się między nogami. Owinąwszy się szlafrokiem, zaczęłam się zastanawiać czy Ryan jeszcze śpi i jak się teraz czuje. Ruszylam schodami w dół.
- Chyba trochę przesadzasz.- Usłyszałam głos Mary i zatrzymałam się jak na komendę. Jeszcze nie mogli mnie zobaczyć.
- To ty się oszukujesz.- Warknął ojciec.- Dobrze wiesz, że ten związek (oczyma wyobraźni widziałam, jak kreśli cudzysłowia w powietrzu) jest bez sensu. Za rok on umrze a Natty znów będzie cierpiała. O ile..
Zacisnęłam zęby, żeby nie krzyknąć na całe gardło, że jest bez serca, a potem wybiec z domu i zatrzymać się po przebiegnięciu paru kilometrów.
- Powiedz mi..- Odezwała się ponownie Mary- czy zostawiłbyś mnie teraz, gdyby się okazało,że jestem nieuleczalnie chora?
Cisza.
- Nie. Zapewne nie.- Odpowiedziała sama sobie kobieta.- Powiedz mi też.. nigdy nie popełniłeś błędu? Żadnego?
Nawet stojąc tam, na schodach, czułam jak stare winy wylewają się z niego jak rwący potok. Cicho odchrząknął, ale dalej nic nie mówił.
- Możesz na mnie nakrzyczeć. Możesz nakrzyczeć i na nich. Potłuc wszystkie naczynia w domu, spalić ich zdjęcia, nawet zdetonować bombę pod płotem..Ale nie sprawisz, że przestaną się kochać i nie sprawisz, że zmienię zdanie.- Dodała jeszcze Mary.- Chyba nie masz tu nic do powiedzenia.
Po chwili dało się słyszeć brzęk mytych przez nią naczyń.
Przynajmniej ona jest po naszej stronie- pomyślałam.
Po chwili zdałam sobie sprawę, że płaczę. Nie miało sensu, żebym tam stala, nie miało też sensu, żebym udawała, że niczego nie słyszałam. Moje rozmyślania przerwał odgłos czyichś kroków. No tak, przez łzy ujrzałam sylwetkę ojca.
- Natty...
- Żałuję, że ci zaufałam.- Powiedziałam, ocierając łzy wierzchem dłoni.- teraz chętnie zniszczyłbyś mój związek.
- Ja..tylko chciałem cię chronić.
- Przed miłością, tak? Myślisz, że gdybyśmy się teraz rozstali z Ryanem to byłabym szczęśliwa?
Staliśmy nieruchomo,wpatrzeni w siebie. Łzy nieco ograniczały mi widoczność.
-Wiem, ze chcesz nas rozdzielić.- odezwałam się znów.- I wiesz co ci powiem? PO MOIM TRUPIE.
Nie czekając na odpowiedź, odwrócilam się i ruszyłam do swojego pokoju.
Tata złapał mnie za ramię, ale się wyrwałam i trzasnęłam drzwiami.
Po około pół godzinie usłyszałam pukanie do drzwi.
- Natty! Otwórz!- Zawołał ojciec.- Jest ze mną Ryan.- Dodał.
Na dźwięk tego imienia, podniosłam głowę z poduszki i spojrzałam na drzwi.
- Przeprosiłem go. Zrozumiałem swój błąd i teraz chcę porozmawiać z tobą.
Otworzyłam drzwi. Faktycznie, zastałam za nimi także Ryana.
- Nat..- Westchnął tata.- przepraszam. Zachowywałem się okropnie, nie zważałem na to, że jesteś szczęśliwa, że właśnie taką drogę wybrałaś. Bez względu na wszystko. Teraz to akceptuję. I trzymam za was kciuki. Mimo..wszystko.
- Och, tato!- Rozpłakałam się i wpadłam w jego ramiona. Mówił tak szczerze, tak prawdziwie, że trudno mi było pohamować emocje.- Nic już nie mów. Cieszę się.. bardzo się cieszę, że się.. przekonałeś.
Ryan cicho kaszlnął.
- Ryan. Kocham Cię.- Zwróciłam się do niego i przytuliłam się do jego klatki piersiowej.
Po chwili tata zaczął klaskać i wszyscy się roześmialiśmy, łącząc się w uścisku.
-A ja?- Nagle pojawiła się Mary i przytuliła naszą trójkę.
- Jak dobrze..- Wyszeptałam.
Las Vegas, Nevada
15:50
Jon
Wpatrywałem się tępo w ekran telewizora.Wyświetlano akurat reklamę 'niezawodnej pasty do zębów, która sprawi,że będziesz miał nieskazitelnie biały uśmiech.'
- Jon!- Brendon nagle mną potrząsnął.
- Słucham?- Spytałem, nawet na niego nie patrząc, choć nieźle mnie wystraszył.
- To już nie jest normalne.- Powiedział, nieco podnosząc głos.- Przestań, proszę cię, przestań do cholery.
Wyłączyłem telewizor.
- Nie wiesz jaka ona jest. Rozmawiałeś z nią raz. Tylko raz..
- I to wystarczy.
- Zapomnij o niej.- Kontynuował, puszczając moją uwagę mimo uszu.- Na świecie żyje mnóstwo innych wspaniałych dziewczyn.
- Nie, Brendon. Ona jest..jak blask pośród szarego tłumu. Muszę ją odnaleźć..
Przez chwilę panowała ciszę, a potem Urie poklepał mnie po ramieniu i powiedział coś,na co chyba od początku czekałem.
- W takim razie pomogę ci.
- Na prawdę?- Pierwszy raz w ciągu tej rozmowy spojrzałem mu w oczy.
- Nie będę patrzył jak mój przyjaciel się męczy.
- Dzięki, stary.- Uśmiechnąłem się w końcu.
Nareszcie trochę nadzieji.
Kredyt umarł, kryzys żyje, kto nie płaci, ten nie pije..- Nagle odezwał się mój telefon. Nie rozpoznałem numeru, ale odebrałem.
- Nazywam się Catherine Wallon i dzwonię w sprawie ogłoszenia o niejakiej Cassie May.
- Miło mi słyszeć.- Powiedziałem oszołomiony.
- Mam trochę informacji o tej dziewczynie ale nie przepadam za rozmowami na telefon.- Oznajmiła.- Moze spotkalibyśmy się w kawiarni Sage'a?
- Tak, chętnie. Kiedy?
- Jutro o 16?
- Oczywiście, przyjdę.- Zapewniłem.- Bardzo dziękuję za telefon.Do zobaczenia.
- Cassie?- Spytał od razu Brendon.
- Nie, ale to już połowa sukcesu.
*
Zjawiłem się w umówionym miejscu punktualnie o 16.00. Odnalazłszy pusty stolik blisko okna, skierowałem ku niemu swe kroki i usiadłem, rozglądając się po wnętrzu. Rano Catherine jeszcze raz do mnie zadzwoniła i poinformowała jak wygląda i w co będzie ubrana. Nie zauważywszy postaci, która odpowiadałaby jej opisowi, zająłem się oglądaniem wystroju kawiarni. Byłem tu tylko parę razy i do tego przelotem. Zazwyczaj wypijałem dużą kawę i biegnąłem do studia. Dopiero teraz zauważyłem,że siedzę w bardzo przyjemnie urządzonym wnętrzu. Kolory ścian, począwszy od łososiowego, kończąc na białym, świetnie komponowały się z obrazami przedstawiającymi krajobrazy. Wiklinowe stoliki zostały przyozdobione wazonami ze świeżymi kwiatami i zaopatrzone w pliki kremowych serwetek. Nagle dzwoneczek umieszczony nad drzwiami kilka razy zadzwonił. Do środka weszła młoda kobieta. Była mojego wzrostu, a może nawet troche wyższa. Miała na sobie białą sukienkę w czerwone kwiaty za kolana, a na nogach czerwone szpilki. Ciemne blond włosy zaczesała w staranny kok. Rozejrzała się po wnętrzu, a potem ruszyła w moją stronę. Wtedy zorientowałem się, że to..
- Catherine Wallon.- Przedstawiła się, podając mi dłoń.- Witam, Jon.
- Witam.
- Tylko przypadkiem nie mów do mnie pani. Catherine- przypominam. Chyba nie przeszkadza ci,że od razu przeszłam na 'ty'.
- Oczywiście,że nie.- Zapewniłem, poczym przeszedłem do sedna.- A więc opowiedz mi proszę, o Cassie May.
Czułem się jak jeden z niezbyt uwielbianych przeze mnie dziennikarzy podczas wywiadu.
- Cassie- owszem.. ale nie May.
- Słucham?- Zdziwiłem się.
- Ta dziewczyna ma na nazwisko West. Ma 21 lat i kończy studia na wydziale fotografii, tak jak ja z resztą. Słabo ją znam. Wiem, że w piątki i soboty wieczorem dorabia sobie w pubie Night Life, na przedmieściach Vegas. Pracuje od, zdaje się 17 do 22.
Potarłem kilka razy brodę, próbując zgadnąć położenie owego pubu.
- Nie wiem gdzie to jest.- Poddałem się w końcu.
Catherine uniosła rękę, ujrzawszy kelnera, poczym zamówiła wodę z lodem i cytryną.
- Coś dla pana?- Zwrócił się do mnie wysoki blondyn.
- Nie, dziękuję.
Mężczyzna oddalił się, a dziewczyna wyciągnęła z czerwonej torby kartkę i długopis.
- Popatrz.- Wskazała na narysowaną przez siebie Sunrise Manor w północnej części miasta i zaczęła tłumaczyć mi drogę do Night Life
- Aah tak..- Wreszcie skojarzyłem.- Dziękuję.
trochę czasu mi zajmie, zanim dojadę z Paradise na tą Sunrise Manor ale nie szkodzi- pomyślał.
- Weź to.- Poradziła, podając mi kartkę, poczym upiła łyk swojej wody, którą przed chwilą przyniósł kelner.
- Mam jeszcze jedno pytanie.- Odezwałem się znów, bawiąc się palcami.
- Proszę bardzo- pytaj.
- Czy..czy ona kogoś ma?- Zapytałem, próbując nie odwracać wzroku.-Gdy widziałem ją wtedy, kłóciła się z niejakim Randallem.
Upiwszy kolejny łyk, Catherine spojrzała na mnie przenikliwie.
- Chyba nie. Faktycznie, przychodził do niej taki łysy średniego wzrostu ale teraz go już nie widuję.
8.11
Klinika odwykowa, Florencja
13:36
Natty
- Dzień dobry.- Przywitałam się z recepcjonistką.- My w odwiedziny. Do Reese Evans.
- Dzień dobry. Reese, według ustaleń, będzie wolna za parę minut. Proszę chwilę poczekać.
Skinęliśmy głowami i usiedliśmy na krzesłach w białej poczekalni. Choć wystrój był prosty u surowy, widać było, że właściciel, bądź właściciele są nieźle nadziani.
- Mogą państwo już wejść.- Poinformowała tęga recepcjonistka.- Najpierw proszę o przejście przez czujnik. Musimy mieć pewność, czy nie wnoszą państwo narkotyków lub innych nieodpowiednich przedmiotów.
Zrobiliśmy, co kazała, osobno przechodząc przez metalową bramkę podobną do tych na lotniskach czy w supermarketach.
- W porządku.- Odezwała się kobieta.- Proszę prosto, a potem w prawo do sali 102. Panna Evans powinna już czekać.
- Dziekujemy.- Powiedział Ryan,przyspieszając kroku.
- Pamiętaj..- Zaczęłam.
- Będzie dobrze. Nie panikuj.- Wyrecytował, mimo, iż ochroniarz, który wyłonił się zza rogu, przenikliwie przeszył nas spojrzeniem.
- No to idziemy.
Drzwi sali nieco zaszurały o podłogę. Naszym oczom ukazała się opanowana twarz Reese. Gestem zaprosiła nas do środka.
- Tylko żadnych żalów z przeszłości, ok?Chciałabym spokojnie z wami porozmawiać o totalnych bzdurach.
Las Vegas, Nevada
17:20
Jon
Pracuje od, zdaje się 17 do 22.- zabrzmiał mi w głowie głos Catherine.
Stałem przed pubem Night Lfe, wpatrując się w granatowo- żołty szyld. Na razie postanowiłem ją tylko obserwować. Chciałem zobaczyć jaka jest, jak się zachowuje w poszczególnych sytuacjach. Tylko jak tu nie być zauważanym? Nie jest to łatwe, zwłaszcza, gdy gra się w poplarnej kapeli.
Co za ironia losu- pomyślałem, wzdychając, poczym nie zdejmując ciemnych okularów, wślizgnąłem się do środka. Odszukałem wzrokiem bar i zacząłem mu się przyglądać. Nigdzie nie było widać Cassie. Może zmieniła fryzurę? Przefarbowała się? Albo dzis nie pracuje? Nie, jest przecież piątek. Przemieściłem się w miejsce, gdzie nikt mnie nie popychał i ponownie spojrzałem na bar. Tym razem ją zobaczyłem. Słuchała zamówienia jakiegoś napakowanego gościa, wyższego od niej o dwie głowy. Zapisała coś w notesie, poczym nalała piwa do sporego kufla i podała go klientowi. Następnie wyciągnęła szmatkę i przetarła ladę. Gdy ją obserwowałem czułem ulgę i ciepło na sercu.
Ravenna, Włochy
17:42
- Jesteśmy!- Poinformowała Natty, zamykając za sobą drzwi wejściowe.
Mary od razu zjawiła się w hallu.
- I jak poszło?- Zaciekawiła się.
- Świetnie.- Odrzekła Nat, zgodnie z prawdą, patrząc z uśmiechem na pogodną twarz Ryana.- Z Reese jest coraz lepiej, rozmowa przebiegła w luźnej atmosferze.
- Na początku trochę się zaciąłem, ale potem poszło dobrze.- Dodał Ross.
- Bardzo się cieszę.- Mary klasnęła w dłonie.- A teraz wchodźcie. Nie będziemy przecież świętować w hallu.
klinika odwykowa, Florencja
Reese
Po raz pierwszy podczas pobytu w ośrodku czułam się na prawdę dobrze. Było już późno i większość ludzi spała, ale ja byłam tak podekscytowana, że nie mogłam zmrużyć oka. Czułam się potrzebna i kochana. Ich wizyta bardzo dużo dla mnie znaczyła. Myślałam,że na widok Ryana poczuję jedynie żal, a może nawet się rozpłaczę, bo nie wybrał mnie. Ale stało się odwrotnie. Poczułam ulgę. Byłam szczęśliwa, że są razem i kochają się mimo wszystko.
***
Jon obserwował Cassie West przez niecałe dwa tygodnie. Dokładnie 26. listopada ostatni raz wszedł do Night Life anonimowo.
Jon
Rutynowo przyglądałem sie Cass (chyba mogę ją tak nazywać w myślach) z kolejnego odpowiedniego miejsca. Jednak ciemne okulary zaczęły mnie nieco denerwować. Spojrzałem w stronę baru. Na chwilę zniknęła mi z pola widzenia. Pomyślałem, że zapewne poszła na zaplecze, poczym ściągnąłem owe okulary i zacząłem je przecierać z nadzieją, że nie dopadną mnie fani. W Vegas mogłoby znaleźć się jeszcze klilku, którzy napaliliby się na autografy. Nagle ktoś przemknął tuż przede mną, przy okazji mnie potrącając. Obejrzałem się.
Cassie West kładła hamburgera na stoliku za mną. Kompletnie zapomniałem o okularach, które wciąż spoczywały w mojej ręce.
- Jon Walker?- Już po chwili przyglądała mi się uważnie.
- Poznałaś. Cassie West.
- May.- Poprawiła szybko.- Muszę iść.
- Poczekaj, proszę.- Zatrzymałem ją, chwytając delikatnie za rękę.- Wiem wszystko. Dlaczego podałaś mi fałszywe nazwisko?
- Ja..wcale nie podałam.Spieszę się.
- Cassie.- Odezwałem się spokojnie.- Spotkajmy się.
Obdarzyła mnie przelotnym spojrzeniem.
- Proszę.- Ponowiłem próbę.- Szukałem cię dwa tygodnie. Porozmawiajmy.
- Dobrze.- Zgodziła sie po chwili.- 1 grudnia o 17.00 w parku Green Cross. A teraz na prawdę muszę iść.
Puściłem jej dłoń.
- Do zobaczenia. Proszę, przyjdź.
Obróciła się do mnie, poczym zniknęła w tłumie.
komentarze [5]
46. LISTOPAD.cz1 "I won't break this silence" >> poniedziałek, 11 sierpnia 2008 11:49:57
1 listopada, Las Vegas, Nevada
17:04
Jon
Telefon wciąż uporczywie milczał. To trwa już trochę za dugo. A jeśli jej nie znajdę? A jeśli.. Nie. Zmierzwiłem włosy, poczym wziąłem portret Cassie,czy jakkolwiek ona miała na imię, i położyłem go w urządzeniu wielofunkcyjnym z zamiarem skserowania. Ustawiłem piętnaście kopii i włączyłem maszynę. Pewnie wiatr zerwał większość ogłoszeń, muszę w takim razie ich dokleić. Rozległo się ciche buczeniee. Po chwili zaczęły się pojawiać kolejne ksera portretu.
- Masz zamiar wykorzystać cały tusz?- Usłyszałem za plecami głos Spencera.- Chyba trochę przesadzasz. Minęły już dwa tygodnie, stary.
- No i co z tego?- Stale wpatrywałem się w papierową twarz dziewczyny.
- Jon. Nie znajdziesz jej. Vegas jest ogromne..a nóż ona nie jest stąd?
Zgrabnie wyjąłem stos kartek, poczym wyrównując je, rzuciłem Smithowi krótkie spojrzenie pt. "nie poddam się" i wyszedłem.
Natty
18:37
- Dzwonił mój tata.- Poinformowałam Ryana pijącego kawę w kuchni.
Mia siedząca obok niego śledziła oczyma tekst jakiegoś artykułu z porannej gazety.
- I?- Spytał, stawiając kubek na tekturowej podkładce kolorystycznie dopasowanej do obrusu.
- Zaprosił mnie do siebie. Chcę, byś pojechał ze mną.
- Co? To chyba nie jest najlepszy pomysł.
- Dlaczego?- Zdziwiłam się.
Mia spojrzała na nas znad pisma, poczym upiła łyk ze swojego kubka.
- O ile mnie pamięć nie myli, twój tata za mną nie przepada.
- Najlepsza pora, by udowodnić jaki jesteś na prawdę. Poza tym Mary z pewnością będzie miła.
- Ta wizyta to chyba nie jest zły pomysł.- Wtrąciła Mia, kładąc gazetę na szafce.
Spojrzałam pytająco na Ryana.
- Dobra.- Westchnął po chwili zastanowienia.- Zrobię to dla Ciebie.
Pocałowałam go w policzek a Mia uśmiechnęła się pod nosem.
- Wylatujemy piątego, wracamy dziesiątego.- Poinformowałam z szerokim uśmiechem na ustach.
Ry tylko pokręcił głową.
- I tak Cię kocham.- Powiedział.
* Brendon
17:50
Przemierzałem centrum Vegas. Byłem dziś strasznie niemrawy. Listopadowe powietrze powinno mnie nieco otrzeźwić.- Pomyślałem, wkładając ręce w kieszenie damskich spodni. Mina sprzedawczyni, gdy je mierzyłem- bezcenna. Cóż, to chyba nie do końca moja wina, że mam tyłek jak jabłko.
Minąłem restaurację Dona Lithe'a i Royal Casino.
Nagle zauważyłem Jona wieszającego ogłoszenie o Cassie- dziewczynie, którą poznał dwa tygodnie temu. Wciąż wierzył,że ją odnajdzie. Obserwowałem skupienie i resztki nadziei na jego twarzy.
- Przepraszam, mogę prosić o autograf, panie Urie?- Jakaś nastolatka niespodziewanie wyrosła tuż przede mną. Widać, ciemne okulary nie są do konca skuteczne. Na szczęście mieszkańcy Las Vegas już się do nas przyzwyczaili i nie proszą o podpisy milion razy na dzień.
- Nie ma sprawy.- Uśmiechnąłem się do niskiej brunetki ("Uśmiechnął się do mnie!" Pewnie jej spotkanie z Brendonem Urie stanie się sensacją w jednym z liceów) i złożyłem autograf w jej notesie.- Miłego wieczoru.
Zaczerwieniła się lekko, podziękowała i pobiegła w stronę restauracji Lithe'a.
Ponownie spojrzałem na Jona. Patrzył na zdjęcie obecnie wiszące na latarni. Po chwili zwiesił głowę i poszedł przed siebie, nawet mnie nie zauważając, a stałem zaledwie po drugiej stronie ulicy.
Zakochał się chłopak. Nie na żarty i nie na krótko.
5.11
11:06
* Nat
- Tylko nie zapomnijcie tej małej walizki z holu!- Krzyknęła z góry Clarissa.
- Właśnie ją biorę!- Poinformował Ryan.
Spencer i Brendon włożyli największą torbę do bagażnika purpurowego mini vana.
- To wygląda jakbyście się wyprowadzali.- Stwierdził ten pierwszy.- Jeszcze coś?
- Tylko to.- Ryan podał mu wcześniej wspomnianą walizkę. Po chwili wszystko było już na swoim miejscu. Szybko zawiązałam trampki i chwyciłam torbę podręczną. Chwyciłam dłoń Ryana, chcac dodać mu tym otuchy. Następnie wsiedliśmy do samochodu, zatrzaskując drzwiczki z obu stron. Brendon wpakował się na siedzenie kierowcy.
- Coś mi się wydaję, że już zawsze będę was woził.- Zażartował, zapinając pas.
- Może Spenc albo Jon zrobią prawko.- Powiedziałam.- Właśnie, Jon. Pomagajcie mu jakoś, co? Chociażby rozmową. Chyba nie radzi sobie za dobrze ze sprawą tej Cassie.
Urie westchnął, zaciskając ręce na kierownicy, poczym odpalił silnik. Zerknęłam na jego zamyśloną twarz, poczym zaczęłam machać przyjaciołom na pożegnanie.
14:45
- Spokojnie, Ryan.- Powiedziałam.
Chłopak stał nieco z boku, wpatrzony w jakiś odległy punkt. Tak mocno ściskał rączkę torby, że aż pobielały mu knykcie. Nic nie odpowiedział. Popatrzył tylko na mnie i westhnał.Chwyciłam go delikatnie za rękę i odezwałam się ponownie:
- Spróbuj przyjąć to lżej. Będzie dobrze.
- Nie wiesz jakie to dla mnie trudne.- Zarzucił, wyrywając dłoń z uścisku, a następnie zasłaniając obiema twarz.
- Wiem.- Szepnęlam.- Dlatego próbuję dodać Ci otuchy.
- Spotkanie z twoim ojcem, który uważa mnie za dupka. Wizyta u Reese, która niby wybaczyla ale będzie patrzyła z żalem. W ogóle..jej widok w klinice odwykowej. A przez to wszystko przewija się temat mojej choroby.- Wyliczał.
Przytuliłam go.
- Po pierwsze- jesteś świetnym facetem i nie mogę się doczekać chwili, gdy mój tata się o tym przekona. Po drugie- Reese jeśli wybaczyła, to wybaczyła. Nie będzie chciała wracać do przeszłości. Nie martw się, jest z nią coraz lepiej, nie zobaczysz zmarnowanej ....ćpunki.
- A... moja choroba?- Wypowiedział te słowa z lekkim oporem.
- Postaramy się tak często o niej nie wspominać. Zrozumieją.
Nastąpiła chwila ciszy.
- Nie obchodzi mnie to, że jesteś chory. Kocham Cię, Ryan i nic tego nie zmieni.
Zacieśnił uścisk.
- Ja Ciebie też.- Powiedział.
Staliśmy tak chwilę, chłonac ciepło swoich ciał.
- Kiedy oni przyjadą?- Spytał w końcu Ross.
Niechętnie wyswobodziłam się z jego ramion i zerknęłam na zegarek.
- W sumie to powinni już być.
Jak na zawołanie, na parkingu pojawiło się czarne BMW.
- Damy radę.- Szepnęłam, obserwując gasnące reflektory.
18:00
- I wtedy pomyślałam,że jest szalona! Kanarkowy żółty w samym środku jesiennego tłumu. Rozumiecie to? Na sam widok się uśmiechnęłam, tak sympatycznie to wyglądało.Nie chciałam się jednak śmiać, bo nóż by się obraziła. Doprawdy..- Mary ciagnęła historię o swojej przyjaciółce Vanessie, śmiejąc się do wspomnień.
Tata jadł z kamienną twarzą, Ryan starał się uśmiechać a ja próbowałam nie pogubić się w opowieści Mary, jednocześnie spoglądając na nich obu.
- A wy?- Spytała nagle kobieta.
- Słucham? Przepraszam, wyłączylam się na chwilę.
- Nie szkodzi.- Uśmiechnęła się. Pytałam, czy macie szalonych przyjaciół.
- Eee.. Oczywiście.- Rzekłam, uśmiechając się sztucznie i zaczęłam opowiadać o snickersowych akcjach. Mówiłam trochę nieskładnie i do tego pewnie za szybko ale Mary wpatrywała się we mnie z entuzjazmem. Gdy skończyłam, roześmiała sie, a nastepnie zaczeła wypytywać Ryana o różne sprawy. W jego oczach było widać, że bardzo się stara. Momentami nerwowo gestykulował i zgrabnie omijał temat swojej choroby.
- Doprawdy ciekawe te wasze historie ale jestem jakiś zmęczony.- Odezwał się nagle tata.- Pójdę się położyć.
Podziekował za posiłek i wyszedł.
- My też pójdziemy odpocząć.- Oznajmiłam, zerkając na Ryana.
Poznosiliśmy naczynia do kuchni i poszliśmy do swoich sypialni. Nie musiałam pytać kto koniecznie chciał urządzić nas osobno. Kiedy w końcu opadłam na łóżko, zaczęłam w myślach sklinać to pomysł zaciagnięcia tu Ryana, to ośli upór ojca. Słyszałam jego ciche kroki. Wiedziałam, że nie śpi. Wiedziałam, że wcale nie był zmęczony.
6.11 Las Vegas, Nevada
4:00
Jon Walker leżał na plecach w swojej sypialni. Kołdra walała się pozwijana przy końcu łóżka.
Oczy basisty były szeroko otwarte i bezsensownie wpatrzone w sufit. Pokój spowijała ciemność. Zaciskał dłonie na połaciach prześcieradła, to znów rozlużniał ucisk. Przewrócił się na lewy bok, wbijając wzrok w lekko oświetlone blaskiem księżyca, zdjęcie z przyjaciółmi. Patrzyła na niego jego własna twarz. Uśmiechnięta.
To jakaś parodia- Pomyslał i przewrócił się na prawy bok, jednocześnie zamykając oczy.
Cassie, Cassie, Cassie.
Jest czwarta nad ranem. Śpij, do cholery.
Cassie, Cassie.
ŚPIJ.
Cassie
Przegrał z silną wolą. Otworzył oczy, zdając sobie sprawę, że sen go ignoruje, poczym wrócił do pozycji wejściowej, kładąc się na plecach. Zaczął sobie przypominać pierwsze spojrzenie, jakim go obdarzyła. jej oczy, jej uśmiech. Jak zakrywała twarz dłońmi, opadając na ławkę i jak już po chwili śmiała się z faktu, że pociesza ją sam basista Panic At The Disco. A potem jak odpowiedziała na parę nieistotnych pytań i rzuciła się pędem w stronę autobusu.
Zniknęła. Wizja sie urwała.
Jon Walker płakał.
komentarze [2]
45. PAŹDZIERNIK 2/2. "No pięknie, Jonie Walker. Jesteś genialny." >> środa, 23 lipica 2008 16:43:09
Hej! Wiem, że poprzedni odcinek był parę dni temu ale mam trochę na zapas i chciałabym coś poopublikowywać przed moim wyjazdem, żebyście mieli się czym zanudzać przez ten miesiąc :P Kolejny będzie w piątek, reszta we wrześniu ;) Pozdrawiam!
----------------------------------
W poprzednim odcinku..(Jon)
Obejrzałem się za siebie. Zobaczyłem ładną, aczkolwiek niską brunetkę z fantazyjną fryzurą. Jakiś łysy chłopak średniego wzrostu trzymał ją za nadgarstek i próbował do siebie przyciągnąć ..
- Nie, nie żartuję.- Powiedział po chwili wyjątkowo niskim głosem.
Sam nie wiem kiedy z moich ust wyrwał się krzyk:
- Hej! Co tam się dzieje?!
Dziewczyna odwróciła się w moją stronę. Miała duże, piękne oczy, niczym kot, w których teraz malował się strach. Po chwili i ten chłopak utkwił we mnie wzrok.
- Nie twoja sprawa.- Wycedził przez zęby.
- Wydaje mi się, ze twoja też nie.- Powiedziałem spokojnie.
Ciągnąc ją za sobą, podszedł bliżej.
- Możesz mnie szanownie puścić.- Wtrąciła dziewczyna, ale ją zignorował, ponownie zwracając się do mnie.
- Lepiej siedź cicho, ok? Bo połamię ci tą waleczną buźkę. Szukasz kłopotów?
- No proszę, widzę,że szukasz kłopotów bardziej niż ja.- Odgryzłem się.
- Zaraz ty będziesz szukał swojej szczęki.
- Za to ty mógłbyś poszukać rozumu.- Wstałem, patrząc mu prosto w oczy.
Gdzie się podział cichy i pokojowo nastawiony Jon Walker, który ma wyrzuty sumienia po zabójstwie muchy?
- Skurwiel.- Facet zdenerwował się nie na żarty, ze złością odpychając dziewczynę, przyglądającą się nam rozszerzonymi oczyma.
- Nie prosiłem, byś się przedstawiał.- Odezwałem się znów.- Chcesz się bić? Dobrze, jest dwóch na jednego.
Przez chwilę panowała cisza, pomijając nerwowe oddechy.
- Że niby stanęłabyś przeciwko mnie? Nie odważysz się.- Zwrócił się do brunetki z miną pewniaka.
- Grubo się mylisz, Randall.- Odrzekła krótko.
- I tak zmiotę was za jednym zamachem.- Wysyczał i ruszył w moją stronę.
W ostatniej chwili złapałem go za nadgarstki i napierając do przodu, stanąłem na jego stopie. Dziewczyna naparła rękoma na klatkę piersiową i owy Randall wylądował na ziemii.
- Jeszcze ci ochota nie przeszła.- Spytałem.
Czułem się, jakbym był w transie albo walczył na ringu.
Po krótkiej chwili podniósł się ale zaraz runął z powrotem, potykając się o nogę przeciwniczki.
- Niech was szlag!- Wrzasnął.
Myślałem,że zaraz zaatakuje i tym razem na prawdę połamie mi szczękę. Jednak ten wstał i zaczął się oddalać, po drodze jeszcze się odgrażając.
Przez moment panowała cisza.
- Dzięki.- Wykrztusiła w końcu z siebie moja towarzyszka.- Cassie jestem. Cassie May.
- Jon Walker.- Podałem jej dłoń.
- Jon Walker?- Powtórzyła.- Z tej kapeli?
- Racja.- Uśmiechnąłem się.
- Będziesz głównym tematem w prasie!- Wykrzyknęła z paniką i poczuciem winy.
- Spokojnie. Chyba nikt nie widział a z resztą nawet gdyby, to i tak w końcu ucichnie.- Pocieszyłem ją.
- A jeśli Randall o tym doniesie?
- Wątpię.- Pokręciłem przecząco głową.- Uraziłby swoją dumę twardziela. Trochę znam się na ludziach.
- W przeciwieństwie do mnie..Co za skurwysyn..jak mogłam być taka..głupia.- Odrzekła, siadając na ławce z twarzą ukrytą w dłoniach.
- Hej, głowa do góry! Każdy popełnia błędy. Mniejsze, czy większe..zazwyzaj wyciaga się z nich wnioski. Skoro to taki skurwysyn, nie warto zawracać sobie nim głowy.
Uśmiechnęła się lekko, ukazując swoją zaczynającą czerwienieć, twarz. Miała śliczne dołeczki.
- No nie.. właśnie pociesza mnie basista Panic At The Disco! Czuję się jak w telenoweli..- Roześmiała się nagle a ja poszedłem w jej ślady, siadając obok.
- Widzisz? Moze nie jest tak źle.- Puściłem do niej oczko.
- Miło było ale niestety muszę już iść.- Oznajmiła po chwili, spoglądając na czerwony zegarek na swojej ręce.
- Pozwolę sobie odprowadzić.- Odrzekłem i ruszyliśmy wolnym krokiem przed siebie.
Padło parę niezobowiązujących pytań. Po odpowiedzi na,jak się okazało, ostatnie, dotarliśmy do przystanku. Cassie ni stąd ni z owąd, zaczeła biec w stronę pierwszego autobusu, jaki nadjechał.
- Hej, czekaj!- Krzyknałem.- Nie mam twojego numeru!
Ale ona już zniknęła.
No pięknie, Jonie Walker. Jesteś genialny.
***
- Nazwisko?
- May- tak jak miesiąc. Cassie May.
Chwilowa cisza.
- Pod tym nazwiskiem udostępnili swoje numery jedynie Marshall, Tina oraz Grace.
- Poproszę.- Powiedziałem po momencie namysłu.- Wszystkie.
Może ktoś jest z nią spokrewniony? Tak, to jest to.- Przemknęło mi przez myśl.
Zanotowałem numery na pierwszym lepszym kawałku papieru, poczym podziękowałem za informację i odłożyłem sluchawkę.
- Cassie May?- Nagle pojawił się Ryan.- Kto to?
- Dziewczyna.- Odpowiedziałem krótko, skupiając się na zamiarze połączenia się z niejaką Grace May.
- Musiała nieźle zawrócić ci w głowie.- Stwierdził Ross i wyszedł.
A ja kolejno wysłuchałem zaprzeczeń, jakoby Cassie May była spokrewniona z którąś z wymienionych osób.
***
- Jon? Jon, jest po północy!- Poinformował mnie niby to szept Natty.- Co ty robisz?
Oderwałem wzrok od basenu i obróciłem się do niej, ciaśniej owijając się starym swetrem.
- Dzwonię.- Odpowiedziałem spokojnie.- Przynajmniej mam taki zamiar.
- Ale.. przecież jest środek nocy! Może zrobisz to potem?
Ponownie skupiłem uwagę na tafli wody w basenie i odbijającej się w niej kopii księżyca, a potem na swojej komórce.
- Wolałbym teraz.- Odrzekłem.
- Dlaczego? Jon, czy coś nie tak? Do kogo dzwonisz?- Zasypała mnie pytaniami.
- Do gościa od portretów pamięciowych.- Uciałem.
Nat stała jeszcze chwilę na tarasie, prawdopodobnie wpatrując się z niepokojem w moje plecy, poczym weszła do domu, o czym poinformował mnie cichy dźwięk oddalających się kroków.
Wpatrywałem się w ekran telefonu na którym od paru minut figurowało nazwisko Paula Shettera. Nie byłem pewien czy dalej ma ten sam numer. W końcu jednak wcisnąłem zieloną słuchawkę.
Tu Paul Shetter. Niestety nie mogę teraz odebrać. Zostaw wiadomość, a prawdopodobnie oddzwonię.
- Cześć, Paul. Tu Jon Walker. Mam nadzieję,że mnie pamiętasz, bo potrzebuję twojej pomocy. Oddzwoń. Pozdrawiam.
Włożyłem komórkę do kieszeni podartych jeansów, poczym potarłem zmęczone oczy i ruszyłem w kierunku wejścia do domu.
Natty
- Nat?- Wybąkał Ryan, najwidoczniej zbudzony moją nieudaną próbą nienarobienia hałasu podczas powrotu do łóżka. ( Mieliśmy osobne pokoje ale zwykle spaliśmy razem)
- Przepraszam. Śpij.- Szepnęłam, całując go w czoło, a następnie nakryłam się kołdrą. Jednak ten nie posłuchał ; po chwili obrócił się twarzą do mnie.
- Coś się stało?- Spytał z troską w głosie.
- Zeszłam na moment na doł i zauważyłam Jona siedzącego przy basenie. Powiedział,że dzwoni do gościa od portretów pamięciowych. O co tu chodzi? Co się dzieje?
- Nic poważnego, kochanie. Chociaż może.. Walker po prostu cholernie się zakochał.
Tydzień później
Znudzony Jon Walker siedział późnym wieczorem w salonie domu w Las Vegas i wpychał sobie w usta resztki chipsów i popcornu. Ekran plazmowego telewizora połyskiwał to mocniej, to słabiej w ciemnym pomieszczeniu. Wydawać się mogło, iż Jon śledzi losy hiszpańskiego złodzieja samochodów i jego seksownej partnerki zza siedmiu mórz. Jednak on bardziej wpatrywał się w swoje ledwo widoczne dłonie niż w buźki głownych bohaterów. Rozejrzał się po pokoju. Spencera siedzącego obok na sofie, strasznie wciągnęła akcja filmu. Natty i Ryan opierali się plecami o kanapę i chyba też śledzili losy niejakiego Fernanda i Flei. Tylko Mia miała znudzoną minę. Pomijając Brendona, który zasnął jakieś piętnaście minut temu na nogach ukochanej.
Jon westchnął cicho i od niechcenia oraz braku interesujących zajęć, wbił wzrok w telewizor, gdzie akurat Fernando strzelał do kogoś z ciężarówki.
Kredyt umarł, kryzys żyje, kto nie płaci, ten nie pije. Odbierz telefon bo klapą od kibla dostaniesz i potem nie wstaniesz..
Walker ocknął się znacznie na dźwięk bezsensownej rymowanki, służącej jako dzwonek telefonu. Poderwał się na równe nogi i potykając się o nogę śpiącego Bdena, sięgnął na oślep po komórkę, która leżała gdzieś na ziemii obok kanapy.
Paul Shetter dzwoni
Ze zdziwieniem w oczach odebrał telefon i zakrywając wolną ręką ucho, ruszył w stronę wyjścia z pokoju.
- Nieeee! Fernando! Nie!
- Tak, słucham?
- Cześć, Jon. Mówi Paul Shetter. Prosiłeś, bym oddzwonił. Wybacz, ale wcześniej nie miałem czasu, by to zrobić.
- Cześć. Nie szkodzi, cieszę się, ze w ogóle się odezwałeś.
- O co chodzilo? Mówiłeś,że pilne.
- Tak, pilne.- Potwierdził, opierając się o framugę jednych z drzwi.- Przynajmniej dla mnie. No bo widzisz..
I zaczął opowiadać. O dziewczynie poznanej w dosć nietypowych okolicznościach i o tym, jak głupio wyszło pożegnanie.
- Przedstawiła się jako Cassie May. Muszę ją odnaleźć.- Zakończył.
- No to się nieźle wpakowałeś.- Skomentował Paul.- Dobra, zrobię dla ciebie ten portret pamięciowy. Tylko koniecznie jutro. Potem nie da rady bo znów mnie zatrudnili.
- Mi pasuje. W takim razie wpadnę o..
- Szesnastej. Mieszkam tam, gdzie wtedy.
- Dzięki. I gratuluję nowej posady.
komentarze [5]
44. PAŹDZIERNIK cz.1/2 ' Nic nie trwa wiecznie. No, może poza naszą przyjaźnią.' >> poniedziałek, 21 lipica 2008 17:45:28
Oho, wróciłam! Na tydzień bo na tydzień, po dóch tygodniach bo tylko po takim czasie ale zawsze :D Zapraszam na nowy odcinek i zarazem obiecam nadrobić wszystkie wasze. Pozdrawiam! ;*
------------------------------
* Natty.
Nasz dom był położony na przedmieściach Las Vegas. Ogrodzony wysokim, starannie przyciętym żywopłotem, sprawiał wrażenie nieco zbyt okazałego ale mimo to, od razy przypadł mi do gustu. (Po tylu latach chyba mogę w końcu zamieszkać w czymś porządnym.) Od sąsiednich zabudowań dzieliło go sporo przestrzeni, do drogi ruchliwej przeważnie tylko po południu może z trzydzieści metrów. Kamienna ścieżka prowadziła do chyba trochę za drogich drzwi. Za nimi natomiast kryły się jasne, przytulnie urządzone wnętrza. Poza standardami mieliśmy salę gier, prób, jacuzzi i mini salę kinową oraz parę pokoi dla gości.
Podczas naszego tygodniowego, nadprogramowego pobytu na Chorwacji, ekipa dekoratorów urządziła pokoje zgodnie z wymaganiami każdego z właścicieli. Ja wybrałam fioletowy kolor ścian i raczej proste, aczkolwiek niebanalne umeblowanie. Tylko standardy ale nie bylejakie. Clar zdecydowała się zamieszkać w kremowym pokoju dla gości. Po nowym roku miała zamieszkać w Chicago z Joe'm i resztą chłopaków z FOB, więc nie chciała się zbyt rozgaszczać. Pokój Mii pomalowano na czerwono. Meble dobrano kolorystycznie (np. jasno czerwony fotel)lub na zasadzie kontrastu. Brendon wybrał ciemno zielony kolor ścian i szalony wystrój, Spencer zażyczył sobie pomarańczowej oprawy ale za to prostego umeblowania. Jon natomiast poprosił o paletę zaczynającą się na barwie cappuccino a kończącą na białym a Ryan po prostu o białe i kremowe ściany ale za to z wielkim malunkiem czarnej gitarze na jednej z nich. Jego meble nie straszyły zbytkiem. Rozpakowywanie i ewentualne drobne zmiany w wystroju pokojów przebiegły nieco niespokojnie, jak to przystało na Panicznych i mieszkające z nimi wariatki...
- Gdzie są moje kapcie?- Mia krążyła po domu ze strasznym problemem.
- Nie mam pojęcia.- Odrzekłam, wkładając do stojaka kolejne płyty.- Może w tym pudle, o które ciągle się potykam w holu?
- Ah, tak!- Dziewczyna uderzyła otwartą dłonią w czoło.- Dzięki.
Cicho westchnęłam, poczym zdmuchnęłam kurz z opakowania krążka Nirvany.
- Naaaat! Nie widziałaś mojej poduszki? Tej z napisem "Snickers Power"?- Brendon wtargnął do mojego pokoju. W ostatnim momencie chwyciłam spadającą płytę Paramore, poczym skarciłam go spojrzeniem.
- Nie, nie widziałam.- Odpowiedziałam dobitnie.- No chyba,że w tym pudle w holu, o które..
- Faktycznie!- Wykrzyknął, nie przejmując się tym, że prawie doprowadzał mnie do zawału.- Dzięki!
Ani chwili spokoju. Spodziewając się kolejnych ataków, odpuściłam sobie układanie płyt. Przesunęłam spore pudło pod ścianę i zajęłam się książkami. Tak jak myślałam, po chwili pojawili się Spencer oraz Jon, na których po drodze wpadła Clarissa.
"Sorry chłopaki, szukam mojego grzebienia."
Przed moimi drzwiami przemknął też Ryan, bełkotając coś o swojej apaszce.
- Nat, nie wiesz może gdzie dałem moje pałeczki do perkusji?- Spytał Smith.
- Albo gdzie ja położyłem tą książkę w czarnej okładce?- Dorzucił Walker.
- Pewnie wszystko jest w..
- Nie widziałaś mojej szarej apaszki?- Ry przerwał mi w pół zdania, przeciskając się przed kolegów.
- W TYM PUDLE W HOLU, O KTÓRE CIĄGLE SIĘ POTYKAM!!!
Piękne, prawda? Wygląda na to,że byłam jedyną zorganizowaną osobą w tym domu. No cóż. Wydawałoby się,że chociaż jeden z pierwszych poranków w Vegas przebiegnie zupełnie spokojnie. Tak się przynajmniej zapowiadało..
- Oh.- Wykrztusiłam tylko z siebie, gdy próg zaskrzypiał pod nieznacznym ciężarem Ryana.- Cześć.- Uśmiechnęłam się.
Odpowiedział tym samym, całując mnie lekko, poczym przeniósł wzrok na moje kolana. Leżały na nich zdjęcia z trasy koncertowej. Wywołałam wszystkie zaraz po przyjeździe do Vegas. Gdy tylko Brendon odzyskał swojego purpurowego mini vana, uczyniłam go honorowym dostawcą papieru fotograficznego. (Wprawdzie miałam fotki na płytach ale to nie to samo, co móc trzymać je w rękach)Uprzednio oczywiście kazałam mu odwiedzić myjnię bo własnoręczne mycie samochodu skończyło się na mokrych ubraniach domowników, nie wyłączając Bdena.
Gdy Urie pakował paczki papieru fotograficznego do bagażnika, wyglądał nie jak władca rodku Snickersistów, ale jak mały chłopczyk dźwigający wielkiego dryblasa. A to przecież było tylko dziesięć paczek. Musiałam przecież wziąść coś na zapas. Broniąc się argumentem,że jestem kobietą, zwyciężyłam ten, że Bden ma damski tyłek i tak to się skończyło.
Ryan roześmiał się z brodą opartą na moim ramieniu. Trzymał w ręce zdjęcie Jona i Bdenia podczas jednej ze snickersowych akcji. Następne przedstawiało pijanego Iana bez ciuchów, prowadzonego przez ochroniarzy wtedy, gdy Reese zrobiła go w konia w pięknym stylu.
- Niezłe, niezłe.- Skomentował, nadal się śmiejąc a ja poszłam w jego ślady.- Czy teraz zaproponowałabyś śniadanie?
Uniosłam jedną brew w górę a następnie, wchodząc tylnymi drzwiami, do kuchni wparował Brendon.
- Witam, witam!- Uśmiechnął się szeroko, ukazując rząd białych zebów.- Jednak nie jestem pierwszy w kuchni. Przyniosłem Snickersy.- Oznajmił, wysypując batony na stół.
- Cały Bden.- Skomentował Ry, kręcąc głową.- Poszukam kawy.-Dodał, najwyraźniej chcąc się wyłączyć z dyskusji, która zaraz miała nastąpić i otworzył pierwszą szafkę.
- Snickersy?!- Mimo dobrze mi znanych wybryków Bdena z owymi batonami w roli głównej, nieco zdziwiła mnie jego chęc skonsumowania ich na śniadanie.- Dobrze się czujesz?
Właściwie oznaczało to,że wszystko jest w normie ale nie zaszkodziło spytać.
- Świetnie.- Wyszczerzył się znów.- A może teraz..
- Wrócisz do sklepu i kupisz coś, co będzie wyglądało jak prawdziwy materiał na śniadanie?- Przerwałam, pchając go do frontowych drzwi.
- Ale..
- Nie ma żadnego "ale".
Brenny znalazł się na dworze a ja przekręciłam klucz. Po chwili wyjrzałam na zewnątrz przez szybkę. Dalej tam stał i drapał się po brodzie z dziwną miną. W końcu jednak ruszył w strone głownego wejścia. Cóż za błyskotliwość.
- Hej!- Wyskoczyłam za nim z kuchni, ubrana jedynie w szorty, bluzkę z zamazaną aplikacją przedstawiającą myszkę Mickey i puchowych kapciach.- Gdzie się wybierasz?!
- Z powrotem do domu?
- Marsz do sklepu!- Krzyknęłam, rzucając w niego kapciem. A potem drugim. W końcu Bden został zmuszony do osłaniani się przed butami reszty domowników, które na razie stały przed frontowymi drzwiami.
- Dobra, już dobra!- Skapiltulował w końcu, głośno się śmiejąc i łapiąc ostatniego buta tuż przed swoim nosem.- Idę!
Wzdychając i wbijając wzrok w sufit, powróciłam do środka.
- Proszę bardzo.- Ryan powitał mnie kubkiem gorącej kawy.- Mam nadzieję,że nie walniesz mnie butem.
Roześmialiśmy się.
* Pete
Wróciliśmy do naszego mieszkania w Chicago.
- Nareszcie w domu!- Wykrzyknął Andy, rzucajac się na swoje łóżko.- Jeszcze tylko rozłożę sobie tą starą perkusję w sali prób.
Rzuciłem swoją torbę na ziemię, poczym udałem się do kuchni. Po locie z Europy do Amerki potrzeba mi teraz dużego kubka czarnej kawy.
- Ja poproszę z mlekiem.- Uśmiechnął się Stump, który przechodził z mopem obok kuchni. Oczywiście musiał od razu zrobić porządki.
- Jasne.- Rzuciłem, wpatrując się w panoramę Chicago, rozciągającą się za ogromnym oknem.
Na ogół byłem wiecznie wesołym i pełnym energii oraz optymizmu facetem. Jednak teraz łapał mnie dół i chyba tęsknota za letnią trasą. Teraz Paniczni i dziewczyny siedzą w Vegas a my musieliśmy osiąść tutaj. Szczerze mówiąc, wcale nie miałem ochoty na nową trasę w "pojedynkę".
Wentz, nie bądź idiotą. Dobrze wiesz,że w show biznesie nic nie jest wieczne. Weź się w garść. Jeszcze nie umarłeś. Poza tym dobrze byłoby zająć się kawą bo zaraz rozsadzi czajnik. Trzeba kupić nowy..
Zalałem obie kawy, poczym zawołałem Patricka, postanawiając przerwać my romans z mopem i z kubkiem w ręku, udałem się na poszukiwania telefonu.
- Cześć, Pete!- Po paru sygnałach w słuchawce rozbrzmiał głos Natty.
- Cześć, Nat! Co słychać? Jak tam w Vegas, podoba się?
- Pomijając małe wariacje domowników, w porządku. Vegas wygląda imponująco, nie wiem czy kiedykolwiek się go naucze ale planuję już pierwszy obchód.- Rozgadała się. Jej wesoły głos nieco mnie otrzeźwił.- A jak w Chicago?
- Niedawno zaczęliśmy okupować mieszkanie. Andy od razu walnął się na łóżko, Joe żyje w swoim świecie zwanym Clarissa, Patrick romansuje z mopem, wykorzystując mnie do robienia kawy a ja..no cóż, wzięło mnie na refleksje.
- Refleksje? Wentza wzięło na refleksje?- Zaczęła żartować.- No nie mów. Albo mów. O co chodzi?
- Wentza, srenca. To nie jest wcale takie zabawne. Ja też jestem człowiekiem i mam prawo pragnąć tylko kubka kawy i spokoju.
- Przepraszam, nie chciałam urazić. Przecież rozumiem ..a dowiem się w końcu co cię za serce trzyma?
- Tęskni mi się za letnią trasą, za tą współpracą. Teraz znów jesteśmy sami w naszym mieszkaniu. Muszę się po prostu przyzwyczaić.- Powiedziałem, wzruszając ramionami, choć nie mogła tego zobaczyć.
- Hej, nie łam się! Głowa do góry. My też tęsknimy ale to jeszcze nie koniec świata. Nie siedzicie w Kenii, tylko w Ameryce i jeszcze nie raz się spotkamy. Nic nie trwa wiecznie, no może poza naszą przyjaźnią.
Roześmiałem się.
- Dzięki, Nat, jesteś kochana. O ile doszedłem do wniosku,że jeszcze nie umarłem, ty ten wniosek wzmocniłaś.
* Jon.
Późnym latem przedmieścia Vegas wyglądają całkiem ładnie. Postanowiłem lepiej poznać to miasto. Właściwie moja wiedza o nim była bardzo skąpa. Wszystko z tego względu, że spędziłem w nim jedynie okres nagrywania pierwszej płyty. Moje życie toczyło się wówczas na linii mieszkanie-studio-pizzeria. Uśmiechnąłem się lekko na wspomnienie wiecznie głodnego Spencera, któremu zdarzało się podkradać reszcie kawałki pizzy.
- No chyba żartujesz!- Wtem czyjś podniesiony głos wyrwał mnie z zamyślenia.
Obejrzałem się za siebie. Zobaczyłem ładną, aczkolwiek niską brunetkę z fantazyjną fryzurą. Jakiś chłopak trzymał ją za nadgarstek i próbował do siebie przyciągnąć ..
C.D.N.
komentarze [1]
43. I'm on my way.. >> czwartek, 3 lipica 2008 18:47:06
Hej! Uprzedzam, że ta notka jest na serio krótka, nudna i bezsensowna. Ale ostatnia przed moim wyjazdem. W sobotę wybywam do babci na wieś :P Wrócę 19-go..new będzie najpóźniej 24-go bo potem znów jadę- 26-go. Tak wiec uprzedzam o dłuższej przerwie od tych nudów :D Pozdrawiam ciepło :*
---------------------------
- O Boże, o Boże!- Wyrzucalam z siebie, trzęsącymi się rękoma odkładając telefon na szafkę nocną w hotelu.- O Boże, Mia, obudź się! Clar!
Oczy obydwóch dziewczyn szybko się otworzyły.
- Nat.. co jest?- Wysapała zaspana Clarissa, próbując wygrzebać się jakoś z pościeli.
- Dzwonił do mnie tata. Reese..Stwierdzono u niej załamanie psychiczne. Krzyczała,żeby jej dać nóż i że chce um..umrzeć.- Ledwo dokończyłam zdanie, rozpłakałam się.
Doskoczyły do mnie, szybko obejmując. Trzęsłam się na całym ciele.
- Oh..Boże..Jak mogłam..Ryan..Ryan powiedział mi dlaczego ją pocałował..a teraz ona się obwinia. Kocham...go ale to jego wina!- Łkałam.- I moja też! Na dodatek nie zadzwoniłam!
- Natty, Natty, słyszysz mnie? Uspokój się!- Odezwała się Mia, lekko mną potrząsając.- Skąd mogłaś wiedzieć? Powiedział Ci dopiero parenaście godzin wcześniej! Każdy normalny człowiek potrzebowałby czasu, żeby to sobie ułożyć.
- Ale..ale..- Zabrakło mi arguementów. Miała rację.- Mimo to czuję się winna.
- Przestań!- Wtrąciła Clarissa.
Popatrzyłam na obie, przygryzając wargi.
- I co mam teraz zrobić?- Spytałam.
- Zadzwonić. Zadzwonić i wszystko wyjaśnić. Najlepiej by było, gdybyś pojechała do niej z Ryanem, ale biorąc pod uwagę okoliczności..Nie za bardzo możliwe.-Poradziła Clar.
Skinęłam głową, ocierając ręką łzy.
- Dzień dobry, jesteśmy!- Oznajmił pan Evans, pochylając głowę do okienka recepcjonistki w klinice odwykowej.
Ta spojrzała na niego spod okularów.
- Państwo Evans. Przyjechaliśmy do córki.- Pospieszyła z wyjaśnieniem pani Evans.
- Ah..- Mruknęła bardziej do siebie, niż do nich, recepcjonistka, poczym przekazała im potrzebne informacje i wskazówki.
Obydwoje skinęli głowami, biorąc od kobiety mapkę budynku, poczym ruszyli szybkim krokiem przed siebie.
- Ryan..Ryan, śpisz?- Spytałam, delikatnie zamykając drzwi sali.
- O, kochanie, jesteś..Nie, nie śpię. Ciesz...
- Mam złe wiadomości.- Przerwałam mu, wzdychając.
- Co się stało?- Spytał, podpierając się na łokciu i wbijając we mnie swe spojrzenie.
- U..- Wzięłam głęboki oddech.- U Reese stwierdzono załamanie psychiczne..
- Co?!- Niemal wykrzyknął, siadając na łóżku.
- Proszę, nie wstawaj.- Zakomenderowałam, pchając go lekko spowrotem na posłanie.- Powiedziałam...to, co słyszałeś. Reese ma załamanie nerwowe.
- I to wszystko moja wina..- Domyślił się, a ja przygryzłam wargi.- Zadzwońmy! Musimy natychmiast..
- Wiem. Ale nie jestem pewna czy pozwolą jej rozmawiać.
- Muszą.- Powiedział stanowczym tonem, poczym chwycił telefon, leżący na szafce nocnej.
Na szczęście pozwolono Reese porozmawiać z Natty i Ryanem. Tym razem obie strony miały sobie coś do zarzucenia.
- Przepraszam.- Powiedziały równocześnie Nat i jej siostra.
Rozmawiali jeszcze długo. Aż wszystko zostało wyjaśnione.Aż wszystko wróciło do normy.
- Jesteśmy siostrami. Prawdziwymi.- Wyszeptała wzruszona Natty, odkładając słuchawkę, poczym przytuliła się mocno do Ryana.
- Wiem. I bardzo się cieszę.- Powiedział.- Kocham Cię.
Trwali dalej w uścisku a po ich policzkach spływały łzy szczęścia.
Postanowili stawić czoło przyszłości.
*
Z powodu stanu Rossa zostały odwołane ostatnie koncerty Panic At The Disco w letniej trasie koncertowej. Jedynie Fall Out Boy mogli ją dokończyć.
...
Na scenie rozległy się głośne piski i wrzaski. Zespół żegnał się z publicznościa, a zarazem całą letnią trasą. Kiedy Pete wypowiedział ostatnie słowa, hałas nasilił się. Po chwili chłocy zniknęli za kulisami wraz ze swymi instrumentami.
- No i koniec.- Skomentował Joe, wzruszając ramionami, a następnie pogładził swoją gitarę.- Koniec letniej trasy koncertowej Panic At The Disco i Fall Out Boy.
- Brzmi oficjalnie.- Rzucił Spenc z lekkim uśmiechem na ustach.- Załatwmy ostatnią rzecz, jaka do nas należy.- Tym razem zwrócił się do swojego zespołu.
Skinęli głowami, poczym ruszyli na scenę.
- Drodzy fani Panic!- Rozpoczął Brendon, poprawiając sobie mikrofon. Wrzaski nieco ucichły.- Bardzo żałujemy,że nie mogliśmy zagrać.
- Chcielibyśmy jednak podziękować wam za przybycie na koncert naszych przyjaciół.- Wtrącił Ryan.
- Letnią trasę koncertową zaliczamy do bardzo udanych.- Dodał Jon a Spencer zakończył:
- Zawdzięczamy to wam, fanom! Jeszcze raz dziękujemy!
Następnie na scenie ponownie pojawili się członkowie FOB. Razem się ukłonili, podziękowali jeszcze parę razy.
- Szczególnie podziękowania należą się naszym dziewczynom!- Powiedział potem Brendon, zapraszając je na scenę.
Natty Evans, Clarissa Chase i Mia Hathaway nieśmiało dołączyły do reszty. Jeszcze parę ukłonów i wszyscy zniknęli za kulisami.
Członkowie obu zespołów, dziewczyny i reszta ekipy mieszali się ze sobą, ściskając się i przekrzykując w słowach podziękowania. Popłynęły łzy wrzuszenia.
Koniec letniej trasy koncertowej Panic At The Disco i Fall Out Boy.
- Jeszcze afterparty!- Przekrzyczał wszystkich Andy, poczym całe towarzystwo ruszyło na zewnątrz, gdzie po chwili pojawiły się fajerwerki.
Paleta barw rozświetliła nocne niebo. W połączeniu z gwiazdami wyglądało to pięknie.
Ryan objął czule Natty.
- Znów razem. Ciesze się,że mogę to oglądać z Tobą.
- Ja też.- Uśmiechnęła się, wtulając policzek w jego ramię.
Jednak ten odwrócił ją przodem do siebie, poczym delikatnie musnał jej wargi swoimi.
*
Na afterparty mnóstwo było ludzi i alkoholu. Wszyscy dalej sobie gratulowali, lub wirażowali miedzy stolikami, wspominając zabawne momenty z trasy. Z głośników popłynęła muzyka, zwabiając obecnych na parkiet. Tańczyli do rana, chcąc jak najbardziej odwlec moment rozstania.
- Dzięki, chłopaki!- Mówili potem między sobą muzycy PATD i FOB.
Ułożyli swoje ręce jedna na drugiej, poczym wyrzucili je w powietrze z okrzykiem:
ZA PRZYJAŹŃ I MUZYKĘ!
Nadszedł czas rozstania.
- Do zobaczenia, Pete!- Pożegnała się Nat ze swym wieloletnim przyjacielem.- Powodzenia! Będziemy się odwiedzać.
- Na pewno.- Odrzekł, głaszcząc jej włosy.
PATD postanowili zrobić sobie przerwę w karierze. Wrócili do Las Vegas wraz z dziewczynami. Natty miała odwiedzać rodzinę tak często, jak mogła. Ważną decyzją było wynajęcie dużego wspólnego domu na obrzeżach miasta.
- Mam nadzieję,że ze sobą wytrzymamy.- Powiedziała Nat.
- Na pewno.- Odpowiedziały w tym samym czasie Clar i Mia.
- Ja do mojej przeprowadzki do Joego ale zawsze coś..- Zażartowała ta pierwsza. A potem wpadły w swoje obięcia.
- Kocham życie.- Szepnęła Natty.- Mimo wszystko.
komentarze [12]
42. 'You kill me with your touch.. Please don't stop!' >> poniedziałek, 23 czerwca 2008 13:08:01
Clarissa
Członkowie Fall Out Boy właśnie pojawili się u szczytu szpitalnych schodów.
- I co jest?- Spytał od razu Joe, obejmując mnie ramieniem.
- Wiem tylko tyle,że Natty oszalała!- Wykrzyknęłam, chowając telefon do kieszeni.
- Co?- Zdziwił się Spencer.
- To. Leci tu. Dziś, teraz.- Oznajmiłam.
- O Boże. Nie mogła poczekać do jutra? A jeśli..- Zaczął Pete ale mu przerwałam:
- Widocznie nie.
Wszyscy westchnęli.
- Ale to jest miłość.- Odezwał się w końcu Patrick.
Natty
Gdy wreszcie samolot wylądował na pasie, jako jedna z pierwszych wybiegłam z samolotu i rzuciłam się po bagaże.
- Uważaj, na miłość boską!- Krzyknęła jakaś starsza pani, którą przypadkowo pchnęłam.
- Przepraszam.Właśnie pędze na złamanie karku do chłopaka.
- Oh.- Wykrztusiła z siebie.- Idź z Bogiem, dziecko. Powodzenia!
- Dziękuję!- Odkrzyknęłam.
Niedługo potem pytałam już kogoś jak dotrzeć do szpitala. Krople deszczu spływały po całym moim ciele. Mokre włosy raz po raz uderzały w tak samo mokrą twarz. Nie przejmowałam się tym. Biegłam ile sił w nogach. Obrazy migały mi z zadziwiającą szybkością. Już niedługo wbiegłam do dużego szpitala przy głównej drodze.
- Przepraszam.- Wydyszałam do recepcjonistki.- Gdzie leży Ryan Ross?
Kobieta spojrzała na mnie podejrzliwie.
- Jestem jego dziewczyną!- Niemal wykrzyknęłam, choć właściwie była to nieprawda.
- Sala nr. 200. Proszę, nie więcej niż dwadzieścia minut.
- To wystarczy.- Rzuciłam przez ramię, już zmierzając w stronę schodów.
U ich szczytu ujrzałam Mię, Clarissę i chłopaków z obu zespołów. Stanęłam jak wryta, patrząc na ich twarze. Miałam wrażenie jakby zobaczyła ich po paru latach. Ciężko dyszałam. Kropelki deszczu ściekały z moich ubrań i włosów na podłogę.
- Natty..- Powiedziała Clar półtonem, poczym pierwsza ruszyła się z miejsca i mocno mnie uściskała. Po chwili dołączyła do niej reszta.
- Tak bardzo tęskniliśmy.-Wyznała Mia, przytulając mnie.
- Ja też..- Odrzekłam.- A czy teraz mogę..no..
- Jasne! Idź!- Od razu zgodził się Jon.
Posłałam im blady uśmiech, poczym pchnęłam drzwi sali. Ryan od razu podniósł głowę i spojrzał mi prosto w oczy. Zrobiłam parę niepewnych kroków, nie przestając się w niego wpatrywać.
- Natty..- Powiedział z zadziwiającą ostrożnością.- Natty..Powiedz,że to ty..
- Ryan..- Przyspieszyłam, w parę sekund znajdując się przy nim.- Oczywiście,że ja. O Boże, o Boże, dlaczego mi niczego nie powiedziałeś?- Rozpłakałam się.
Nic nie mówił, tylko głaskał mnie po plecach.
- Tak bardzo Cię nienawidzę..- Szepnęłam.- I tak samo kocham. Albo jeszcze bardziej.
Przycisnął mnie do siebie.
- Ja też Cię kocham. Jesteś całym moim życiem..
William
Siedząc na parapecie, wpatrywałem się w przestrzeń za oknem. Było już zupełnie ciemno. Czerwone cyferki zegarka, stojącego na szafce obok łóżka, wskazywały parę minut po drugiej w nocy. Wbiłem wzrok w poruszające się wolno liście drzew, między którymi majaczył jasno świecący księżyc w pełni. Ulica była zupełnie pusta, jedynie stojąca na niej samotna latarnia migała słabym światłem. Ulicę dalej było widać dom Mii. Skąpany w blasku księżyca zdawał się spać niczym jego mieszkańcy. Wieża starego Kościoła górowała nad miasteczkiem, spoglądała na niego niczym stróż prawa. Nie byłem tam od dawna.Od bardzo, bardzo dawna. Dokładniej od dnia, w którym zginęła moja matka.
Muszę ci coś powiedzieć. Synku, słyszysz mnie?
Zobczyłem to tak dokładnie, jakby zdarzyło się wczoraj.
Mały chłopiec stojący przed swoim ojcem na szpitalnym korytarzu, skąpanym w cieniach. Patrzył takim wzrokiem.. Jakby wiedział,że stało się coś złego. Mężczyzna trzymał go za ramiona, patrząc w oczy.
Słyszę.-Powiedział chłopiec.- Powiedz mi.
- Mama nie żyje.
Rozpacz, maskowana ciemnoscią nastąpiła nagle i nieubłaganie.
Tak, tym chłopcem byłem ja. Wtedy zwątpiłem. Zwątpiłem,że Bóg jest sprawiedliwy, że pomaga.Zabrał mi matkę. Byłem jeszcze gówniarzem. I zostałem sam. Tata rzucił się w wir pracy, myślał o wielu sprawach na raz.Szkoda,że nie pamiętał o mnie. Łzy mimowolnie zaświeciły na moich bladych policzkach. Wytarłem twarz rękawem, zasłaniając tym samym jej odbicie w szybie. Potem jeszcze raz zerknąłem na dom Hathawayów.
A teraz straciłem ją. Wyjechała. Znów. Wiem, rozumiem,że ma pracę, chłopaka, innych przyjaciół i problemy. Ale nie potrafię się z tym pogodzić.
Teraz zostałem zupełnie sam. Znów. Głupia, nic nieznacząca postać, gdzieś w środku Włoch, marnująca kolejną noc na rozmyślania.
Mama nie żyje.
Mama nie żyje.
A teraz straciłem ją. Mię.
*
Zrujnowana psychicznie dziewczyna, leżała w kącie białego pomieszczenia zwinięta w kłębek.
- Reese, dlaczego leżysz na podłodze?!- Spytała niby to szeptem dość tęga kobieta z identyfikatorem na piersi.
Nie poruszyła się.
- Szybciej! Wstawaj!- Ponaglił po chwili ten sam głos.
Dalej zero reakcji. Kobieta- Jane, ruszyła w jej stronę. Szturchnęła dziewczynę za ramię.
- Zostaw mnie.- Wyszeptała tylko Reese.
Jane dalej próbowała zmusić ją do zmiany miejsca. W końcu, z wielkim trudem, podniosła ją.
- ZOSTAW! PUŚĆ MNIE! MAM WSZYSTKO GDZIEŚ! NIC MNIE NIE OBCHODZI! NIE CHCĘ JEŚĆ, NIE CHCĘ ROZMAWIAĆ! CHCĘ UMRZEĆ!- Krzyczała, niczym opętana, wyszarpując się z trzymających ją ramion.- DAJCIE MI NÓŻ! CHCĘ UMRZEĆ, CHCĘ UMRZEĆ!
Wtem do pomieszczenia wbiegł jeden z psychologów i dwóch ochroniarzy.
- CHCĘ UMRZEĆ!- Krzyki Reese odbijały się od ścian, tworząc ledwo słyszalne echo.
Po chwili mężczyźni wspólnie ją pochwycili i zaczęli wyprowadzać. Ta wciąż się szarpała, wykrzykując,że ma dość życia. W końcu wybuchnęła histerycznym płaczem.
Natty
- Nie wierzę,że zrobiłeś to wszystko,żebym nie cierpiała.- Wykrztusiłam z siebie, wysłuchawszy opowieści Ryana.
- A jednak. Teraz wiem,że to było cholernie głupie. Zmarnowałem cząstkę życia, którego aż tak wiele mi nie zostało.
W tym momencie spojrzał na mnie, jak ktoś, komu wyrwało się coś głupiego, czy niedozwolonego. W moich oczach malował się zapewne strach i rozpacz. To, co czułam zdając sobie sprawę z jego choroby.
- Przepraszam.- Wyszeptał, ściskając moją dłoń.
- Nie..nie przepraszaj. Ile..- Zaczęłam, nie wiedząc jak dokończyć zdanie.
- Rok.
Zapadła cisza. Tykanie zegara wydawało się być uderzeniem dzwonu.
*
W cichym, zalanym nocą mieszkanu we wschodnich Włoszech, zadzwonił telefon. Jego sygnał zdawał się niczym nóż ranic niewinnośc ciszy.
Trzeci dźwięk.
Czwarty dźwięk.
- Tak?- Rozespany głos wlał się do słuchawki.
- Witam, nazywam się Eric Lodgers, jestem kierownikiem kliniki odwykowej. U pańskiej córki stwierdzono załamanie psychiczne.
- Słucham?- Mężczyzna do końca odzyskał świadomość.
- Dziś w przerwie obiadowej nasza opiekunka znalazła ją na podłodze. Zaczęła wykrzykiwać,że chce umrzeć.
...
- Tak mi przykro.- Odezwał się ponownie pan Lodgers.- Dziewczyna jest już pod opieką psychologów.
- Mary!- Zawołał mężczyzna.- Mary! Zbieraj się, jedziemy do Florencji!
Odgłos zbliżających się kroków zagłuszył głos mężczyzny po drugiej stronie słuchawki.
Clarissa
- Widzisz, jaka miłość potrafi być okrutna..- Zaczęłam.
- Wiem.- Przytaknął Joe, chyba nie bardzo wiedząc, co powiedzieć.
Westchnęłam.
- Obiecaj mi,że mnie nie zostawisz.
- Obiecuję.- Odrzekł bez chwili wahania.- Ty też to zrób.
- Obiecuję.- Szepnęłam, wtulając się w niego mocniej.
Brendon
- Mia! Mia!- Szarpałem ramieniem dziewczyny.- Obudź się!
Po chwili udało mi się dokonać zamierzonej czynności.
- C..co..-Zaczęła się jąkać.
Była cała zlana potem, jej oczy rozszerzyły się do wielkości spodków od herbaty.
- Chyba miałaś zły sen.- Powiedziałem, ściskając jej rękę uspokajająco.- Co Ci się śniło?
Chwila ciszy, wypełniona nerwowym oddychaniem.
- Że mnie zostawiłeś.- Wyszeptała w końcu.
Przytuliłem ją mocno.
- Nigdy tego nie zrobię.
Poddała się uściskowi, dalej drżąc a ja odezwałem się znów.
- Nigdy, przenigdy nie zostawię Cię samej. To był tylko sen, rozumiesz? Spokojnie. Słyszałaś? Mia, kocham Cię.
Lekko musnęła moje wargi, co po chwili zmieniło się w namiętny pocałunek.
komentarze [7]
41.Now I run to you like I always do..when I close my eyes I think of you. >> niedziela, 15 czerwca 2008 14:46:17
* Mia.
- To tu.- Oznajmił Brendon, otwierając głowne drzwi szpitala.
Rozejrzalam się podejrzliwie po wnętrzu. Szpital jak szpital. Białe ściany, białe ubrania pielęgniarek..Okropność.
- Mia?- Bden wyrwał mnie z zamyślenia.- Coś nie tak?
Spojrzałam na niego niepewnie.
- Ja..bo widzisz, Blake wtedy..
- Spokojnie. Jeśli nie dasz rady, wrócimy do hotelu.
Zawahałam się na chwilę. Nie. Nie mogę być taką egoistką. Nie jeśli chodzi o mojego przyjaciela. Nieważne jakby mnie nie zdenerwował.
- Będzie ok.- Powiedziałam, siląc się na uśmiech.- Chodź.
Chłopak spojrzał na mnie trochę podejrzliwie, ale widząc moją rzekomą pewność siebie, wziął mnie za rękę i poprowadził pod salę. Siedzieli tam już Spencer, Jon i Clarissa.
- Oh, witaj.- Ucieszyła się dziewczyna, poczym mnie uścisnęła. Przywitałam się również z chłopakami.
- No więc..co z nim?- Spytałam.
Spencer wzruszył ramionami.
- Na razie nic nie wiemy. Żadnej informacji.
- Cóż.. może to dobra informacja.- Stwierdziłam, opadając na krzesło.
* Natty
Nie wybaczysz mi, wiem. Uwierz, to dla Twego dobra.... Żegnaj. Kocham Cię i zawszę będę Cię kochał.. Ryan.
Nie wybaczysz mi, wiem. Uwierz, to dla Twego dobra.... Żegnaj. Kocham Cię i zawszę będę Cię kochał.. Ryan.
Znałam już tą wiadomość na pamięć. Mimo to dalej śledziłam ją wzrokiem.
Nie wybaczysz mi, wiem. Uwierz, to dla Twego dobra.... Żegnaj. Kocham Cię i zawszę będę Cię kochał.. Ryan.
Kocham Cię i zawszę będę Cię kochał.. Ryan.
Kocham Cię i zawszę będę Cię kochał.. Ryan.
A więc o co tu chodzi?- Zadałam sobie po raz kolejny to pytanie. Po moich policzkach zaczęły spływać łzy. Rzuciłam jeszcze raz okiem na wiadomość, poczym odłożyłam telefon. Dlaczego to zrobił? Dlaczego mnie zostawił? Czy coś jest ze mną nie tak? Otarłam łzy wierzchem dłoni. Ta cała sytuacja powoli mnie wykańcza. Chciałabym raz na zawsze przestać o nim myśleć. Przestać go kochać. Zapomnieć. Ale nie potrafię.. Nie potrafię wyobrazić sobie innego mężczyzny. Nie chcę wyobrazić sobie innego mężczyzny..
* Mia
- Słuchajcie.- Zaczęłam, nagle wstając.
Oczy obecnych zwróciły się na mnie.
- Nie sądzicie,że Natty powninna o tym wiedzieć ?
- Dlaczego?- Wypalił Jon.
- Jak to dlaczego?! Przecież ona go kocha! I wiem,że on ją również! Czuję to, tak musi być.
- Oni już nie są razem..- Brendon spuścił wzrok.
- Czy wy na prawdę jesteście takimi debilami?!- Zadałam chyba pytanie retoryczne.
- Ona ma chyba rację.- Wtrąciła Clar po chwili milczenia.- Widziałam jak zachowywał się Ryan po wyjeździe Nat.Jak zachowywał się gdy to zauważył ! To nie jest przelotny romans gwiazdy rocka i jakiejś podrzędnej dziewczyny! To jest MIŁOŚĆ.
Znów zapadła cisza. Chłopakom chyba zrobiło się głupio.
- Popieram.- Wykrztusił Spenc.
- Ja też.- Dodał Brendon.
- I ja.- Oznajmił półtonem Jon.
- To w takim razie powiedzcie mi, na co, do kurwy nędzy czekacie?- Spytałam.
- Ja do niej zadzwonię.- Oznajmiła Clarissa, wyciągając telefon.
- Tak trzymać. Zobaczycie, będzie dobrze. Musi być.- Skomentowałam.
- Za Natty i tego chuja Ryana.- Uśmiechnąl się lekko Sencer. Położyliśmy swoje ręce na sobie i wyrzuciliśmy je w górę.
* Reese
- Hej Phil.- Podeszłam do wysokiego chłopaka, obciętego na jeża.
- Cześć.- Uśmiechnał się łobuzersko.
- Masz?- Spytałam.
Phil był chyba najinteligentniejszy w całej klinice. Potrafił nawet czasem zdobyć trochę dragów.
- Nie.- Pokiwał przecząco głową.- Nie tym razem. Wiesz, jest coraz trudniej.- Wzruszył ramionami.
Cholera.
- Jesteś tu po to, żeby walczyć..- Odezwał się ponownie.
- A ty nie?- Uniosłam brwi w górę.- Rzekomo walczyć. Sam czasem bierzesz.
- Ja to całkiem inna bajka.- Westchnął.- Ja już nie mam szans żeby się uwolnić. To jest za silne. Ale ty możesz. Możesz i nie zmarnuj tej szansy. Uwierz mi, będzie lepiej jeśli przestaniesz. Niszczysz sobie życie.
- Jakby już nie było dostatecznie zniszczone.
- Ah tak, to chcesz żeby było gorzej?- Zasugerował.
Wzruszyłam ramionami.
- To mi pomaga.
- Pozornie. To Cię niszczy. Niszczy.- Powiedział, podkreślając ostatnie słowo. I odszedł w swoją stronę.
Uderzyłam pięscią w ścianę, poczym zsunęłam się po niej plecami i skuliłam w mały, nicnieznaczący i zapłakany kłębek.
* Natty.
Mówiłam im, żeby nie dzwonili.- Pomyślałam, widząc na wyświetlaczu niezmordowanie migające imię przyjaciółki.
Clarissa dzwoni
W końcu się poddałam.
- Słucham?
- Natty, jak dobrze!- Clar odetchnęła z ulgą.- Słuchaj, muszę Ci coś powiedzieć.
W tle dało się słyszeć gorączkowe szepty paru osób.
- Tak?
- Tak konkretnie mam zamiar Ci wyjaśnić dlaczego Ryan Cię zostawił. Dasz radę słuchać?
- Myślę, że tak..- Powiedziałam po chwili milczenia.- Mów.
- Ryan chciał Cię chronić. Sądził,że jego plan jest do tego idealny. Ale..ale się pomylił. Przypuszczam,że dalej go kochasz.
- Ja.. ja..- Zaczęłam się jąkać.- Tak..ale o co chodzi?
- Właśnie..Nat, Ryan jest śmiertelnie chory.- Wyrzuciła z siebie, jakby zaraz mialo zabraknąć jej oddechu.- Pocałował Reese, bo sądził,że jak go potem znienawidzisz to nie uderzy tak w Ciebie jego...śmierć.
Zaniemówiłam. W moim gardle powstała gula. Złapałam się za serce.
- C..co?- Wydusiłam z siebie, nie mogąc hamować łez.
- Kochanie, wiem,że to straszne. Ale sądziliśmy,że musisz o tym wiedzieć. Bo ty go kochasz. A on nadal kocha Ciebie.
- Gdzie jesteście?
- Co?
- Gdzie jesteście!- Niemal krzyknęłam.
Przyjaciółka podała mi dokładny adres szpitala.
- Hej! Ale nie pojedziesz chyba w takim stanie!- Zaoponowała.- Odpocznij trochę, wylecisz jutro.
- Nie, nie chcę odpoczywać. Wylatuję jeszcze dziś.- Oznajmiłam, poczym pędem spakowałam się do jednej walizki.
- Natty! Co ty wyprawiasz?- W drodze do łazienki natknęłam się na tatę.
- Lecę do Chorwacji.
- Co?!
- Ryan leży w szpitalu. Jest chory.
- Co Cię obchodzi ten dupek ?! Tak Cię potraktował, tak cierpisz a teraz do niego jeszcze lecisz ?!- Wyrzucił z siebie.
- Nic nie rozumiesz.- Zaczęlam się bronić.- Nie wiesz dlaczego to zrobił !
- Wiem! Bo jest skończonym idiotą!
Zgrabnie go wyminęłam, poczym zbiegłam po schodach na dół. Nie miałam czasu na tłumaczenia.
- Natty!- Krzyknał za mną.- Nigdzie nie pójdziesz!
- Wybacz, tato.- Powiedziałam, poczym wybiegłam na dwór i pognałam przed siebie tak szybko, na ile pozwalał mi niesiony ciężar.
- Natty! Natty!- Wciąż słyszalam krzyki ojca.
Nie zwracałam na nic uwagi. Wiatr rozwiewal mi włosy. Zacisnęłam rękę na pasku torby. Na samolot do Chorwacji zdążyłam ledwo co.
Teraz liczyła się dla mnie szybkość.
Teraz liczył się dla mnie tylko Ryan.
komentarze [7]
40. ' You'll always be in my life. Even if I'm not in you're life..' >> wtorek, 3 czerwca 2008 15:31:29
* Ryan.
- Chyba się budzi!- Poinformował Spencer nieco podniesionym głosem.
- Cii!- Uciszył go Brendon.
Otworzyłem ciężkie powieki. Przez chwilę widziałem wszystko jakby przez mgłę.
- Ryan, w porządku?- Jon pochylił się nade mną.
- Zamknij się, nie widzisz,że nie?- Odezwał się znów Bden.
Próbowałem się poruszyć ale wtem głowa zabolała niemiłosiernie. Uśmiechnąłem się blado do przyjaciół.
- Co się stało?- Spytałem, ignorując poprzednie pytanie.
Spencer westchnął.
- Zemdlałeś nagle i upadłeś, uderzając głową o wzmacniacz.
- Ał, cholera.- Jęknąłem, dotykając ręką bolącego miejsca.
- Proszę się odsunąć!- Wtem do pomieszczenia wpadł lekarz i dwie pielęgniarki, chłopcy odskoczyli na boki.
Po chwili znów poczułem zawroty głowy i wszystko odpłynęło.
* Reese.
Zaraz po wypadku na koncercie opuściłam trasę. Nawet się nie żegnałam, z resztą i tak wszyscy mnie nienawidzą. Załatwiłam tylko formalności z producentami i udałam się na lotnisko. Panował tam ogromny tłok. Kląc pod nosem, w końcu przepchałam się przez tłum i weszłam do samlotu. Gdy tylko usiadłam, z moich oczy polały się gorzkie łzy. Nie potrafiłam o tym nie myśleć. Płakałam i płakałam. I płakałam. Tak bardzo żałowałam. Ale teraz nie ma już odwrotu. witaj kliniko dla uzależnionych- Pomyślałam, krzywiąc się. I w tym samym czasie przypomnialam sobie o narkotykach. Poczułam głód. Tak dawno ich nie brałam. Nie miałam niczego przy sobie i nie będę miała we Włoszech. Nawet to mi nie zostało. Nic mi nie zostało.
* Mia.
Patrzyłam przez okno samolotu. Miałam cichą nadzieję,że chociaż jeszcze przez chwilę zobaczę bliskich,że dodam jeszcze jedno miłe wspomnienie do już zebranych. Niestety było to raczej niemożliwe. Westchnęłam cicho i wyjęłam telefon z kieszeni, chwilę patrząc na numer Williama.
Dzięki za miło spędzone chwile. Na pewno o nich nie zapomnę i jestem też pewna,że niedługo zadzwonię. Miej się więc na baczności ;] Całuję, Mia.
Uśmiechnęłam się do małego ekraniku, poczym wybrałam numer Brendona. Odebrał dopiero po trzecim sygnale.
- Tak?
- Hej, Brendon i...- Właściwie nie wiedziałam co mam powiedzieć.- Jak tam?
- Nie za dobrze, zdarzył się wypadek.
- Co?!- Niemal wykrzyknęłam, podskakując w fotelu. Parę osób spojrzało na mnie spode łba.- Co się stało?
- Ryan zemdlał na koncercie i uderzył głową o wzmacniacz. Jesteśmy teraz w szpitalu i czekamy. Znów stracił przytomność.
Czułam,że robię się blada. Ryan..Ryan leży w szpitalu. Nieprzytomny. Tylko nie to, nie znów. Mimo woli ujrzałam siebie płaczącą pod salą, w której Blake walczył o życie.
- Mia, kochanie, wszystko w porządku?
- Nie.-Odpowiedziałam szczerze. Nic innego nie przychodziło mi do głowy.
- Wiem, zmartwiłem Cię..Przepraszam. Pomyślałem,że powinnaś wiedzieć. Proszę uspokój się.
- Ale..ale jak ja mam się u-uspokoić skoro..
- Będzie dobrze. Lekarze doprowadzą go do stabilnego stanu, zobaczysz.
- Mam n-n-nadzieję..Boże.
- Mia, nie płacz.
- Chciałabym się do Ciebie wreszcie przytulić.
- Już niedługo. Czekam na Ciebie.
Uśmiechnęłam się blado.
- Do zobaczenia.- Powiedziałam.
* Natty.
Stałam przy kuchennym oknie i wyglądałam za nie pustym wzrokiem. Niewiele zjadłam. Jednak nie potrafiłam. Minęło bardzo niewiele czasu a ja już czuję,że nie dam sobie rady. Nagle ktoś położył mi dłoń na ramieniu.
- Natty..- Okazało się,że to Mary.- Natty, na pewno nie chcesz już jeść?
- Nie..- Odpowiedziałam cicho.
Cofnęła dłoń i zaczęła krążyć po pomieszczeniu.
- Wiesz..- Zaczęła.- Ja też kiedyś byłam głęboko załamana.. z powodu..z powodu mężczyzny.
Po chwili odwróciłam się,opierając ręce na parapecie. Kobieta siedziała przy stole, z jedną ręką opartą o czoło. Na jej twarzy malował się ból. Powracała do bolesnych wspomnień.
- Dlatego..dlatego rozumiem, co czujesz. Wiem,że nie jest Ci łatwo.- Odezwała się ponownie.
Na chwilę zaniemówiłam.
- A.. a co się dokładnie stało?- Zaciekawiłam się.- Jeśli oczywiście mogę wiedzieć.
Uśmiechnęła się blado.
- Miałam mniej więcej tyle lat, co ty. Byliśmy na zabój zakochani. Ja i Tob. Byliśmy ze sobą wówczas już dość długo. Postanowiliśmy więc wyjechać razem na wakacje. Słoneczne plaże, morze.Tylko my. Pewnego dnia spotkaliśmy tam moich znajomych. Okazało się,że mieszkają w okolicy i organizują imprezę. Zaprosili nas. Wieczorem Tob oznajmił,że źle się czuje i w końcu namówił mnie,żebym poszła sama. Tak więc wybrałam się bez towarzystwa. Gdy.. gdy wróciłam..- W tym momencie głos nieco jej się załamał.- Zastałam go w łóżku z inną.. Rozpłakałam się i wybiegłam przed hotel. Niedługo dogonił mnie i wiesz co powiedział?
- Że..że to nie tak jak myślisz i błagał o wybaczenie a ty..
- Nie.- Przerwała.- Powiedział....że mnie nie chce. Że mam się wynosić z jego życia..że..- Nie mogła mówic dalej.
- Mary..- Objęłam ją ramieniem.- Nie płacz. Nie musisz mówić dalej, przepraszam,że spytałam.
Jednak po chwili kobieta odezwała się znowu:
- I mnie zostawił. Odszedł. Siedziałam tam zrozpaczona może pare godzin, może kilkanaście minut. Nie wiem. Ale gdy wróciłam do pokoju, już go nie było. I wtedy widziałam go po raz ostatni. Na szczęście poznałam Twojego tatę.- Uśmiechnęła się.- Dzięki Bogu.
- Tamten Tob nie zasłużył na Ciebie..
- Teraz to wiem. Wybacz mi za ten pokaz płaczu. Po prostu bardzo mnie zabolały te wspomnienia więc..
- Wszystko w porządku.- Uspokoiłam ją.
- I wiesz... Zrobiłam tak jak ty. Odcięłam się od świata. To nie było najlepsze rozwiązanie. Wiesz co? Włącz telefon, przyjaciele na pewno się o Ciebie martwią.
* Mia.
Odebrałam swoje bagaże i spojrzałam na zegarek. Brendon czeka już na mnie dziesięć minut za długo. Pędem ruszyłam się w umówione miejsce. Po chwili, zdyszana wpadłam w jego ramiona, upuszczając walizki.
- Brendon!
- Mia!
Mocno mnie przytulił, głaszcząc po plecach. Potem wyciągnął sobie mnie na długość ramion i spojrzał na mnie, jakby miał zamiar nauczyć się na pamięc każdego centymetru mojego ciała.
- Kocham Cię.- Powiedział, poczym czule mnie pocałował.
Uśmiechnęłam się. Nie musiałam nic mówić.
- Chodźmy.- Rzekłam.
Bden wziął moje walizki, a ja obięłam go w pasie i ruszyliśmy przed siebie. Na razie żadne z nas nie poruszyło tego tematu..
* Natty.
Przeskakując dwa schody na raz, dotarłam do mojego pokoju w krótkim czasie. Odszukałam telefon i włączyłam go. Skrzynka na wiadomości pełna. Na poczcie głosowej też ich nie brakowało. Po chwili zaczęly też przychodzić sms-y o nieodebranych połączeniach. Faktycznie, wszyscy się o mnie martwią. Przyszedł nawet sms od Ryana....
Nie wybaczysz mi, wiem. Uwierz, to dla Twego dobra.... Żegnaj. Kocham Cię i zawszę będę Cię kochał.. Ryan.
Łzy stanęły mi w oczach.
Ja też zawsze będę Cię kochała. Mimo,że nie chcę.Mimo,że nie mogę.
* Reese.
- O, kogo ja widzę!- Niemal wykrzyknęla na mój widok ta sama kobieta, która swego czasu wypisywała mnie z kliniki.
- Reese Evans.- Rzuciłam tylko nazwisko, ignorując ją.
Kobieta dziwnie na mnie spojrzała i wyjeła niewielki arkusz, poczym mi go podała i wstukała coś w komputer.
- Co, jednak nie dała sobie panienka rady?- Zasugerowała.
- Nie pani sprawa.- Burknęłam, oddając jej kartkę.
- No cóż, tak to jest. Młodzi ludzie sądzą,że są już silni i się wypisują.A tu bum.. jednak..
- Nie obchodzi mnie, co pani o tym myśli i nie pani sprawa po co tu znów przyjechałam! Ale musi pani wiedzieć, że chętnie bym już wróciła..tyle, że nie mam gdzie. Rozumie pani ?! Czy może jeszcze jakieś uwagi i pytania?!- Zdenerwowałam się.
Spojrzała tylko na mnie znad okularów. Wściekła, ruszyłam pędem korytarzem.
Historia zatacza koło. Los jest okrutny. Ludzie się nie zmieniają. A głównym elementem gry zwanej życiem jest ból.
Seasons change but people don't and I'll always be waitin'..
komentarze [7]
39. 'When you choke on the regrets.. who the hell did I think I was?' >> poniedziałek, 26 maja 2008 17:07:39
Hej! Wybaczcie,że tak długo nie pisałam,że miałam taki zastój. Weny brak a i teraz nie jest idealnie. No i takie tam. Pozdrawiam i życzę (mimo wszystko) miłej lektury. ;*
--------------------------------------
Odc. 39
- Ryan!- Brendon wbiegł do sypialni z miną olśnionego człowieka.- Ryan, z Ciebie to jednak jest idiota!
- Dzięki.
- To znaczy..
- Co? Już wiem- jestem idiotą. Niby..
- Słuchaj.- Przerwał.- Na pierwszy rzut oka Twój plan chronienia Natty wydaje się być...-Zastanowił się chwilę.- Dobry. Ale..no właśnie, nie wszystko gra.
Chciałem coś powiedzieć, ale uciszył mnie szybkim ruchem dłoni.
- Nie pomyślałeś,że ona w końcu się tego dowie a jak się dowie to zapewne zacznie się obwiniać? I i tak BĘDZIE TĘSKNIŁA. I możliwe,że zrzuci winę na siebie, stwierdzi,że nie spędziła z Tobą tyle czasu, ile by chciała..itd..
Drgnąłem, słysząc te słowa. Drgnąłem, zdając sobie sprawę,że ja na prawdę jestem idiotą. Brendon ma całkowitą rację.
- Czyli sugerujesz,że..- Odezwałem się w końcu.
- Że niepotrzebnie zraniłeś dwie niewinne osoby. Że twoja choroba jest już nieodwracalna i ..i powinieneś spędzić końcówkę swego życia z Natty. Zmarnowałeś to. Twój plan nie jest pewny, nie jest na sto procent skuteczny. Zamiast wyznać prawdę i cieszyć się zyciem mimo wszystko- poplątałeś i wszystko spieprzyłeś.- Powiedział szczerze.
- Poplątałem i wszystko spieprzyłem.- Powtórzyłem, wpatrując się pustym wzrokiem w ścianę.
** Mia
Budzik wściekle dzwonił tuż koło mojego ucha.
DRYŃ ! DRYŃ !
Nie mam zamiaru wstawać.- Pomyślałam, nakrywając się cała kołdrą.
DRYŃ DRYŃ!
Cholera!
Zerwałam się do pozycji siedzącej i wyłączyłam dzwoniącego potwora. 9:00. Tosz to środek nocy..
Moje spojrzenie zatrzymało się na wielkim kalendarzu, wiszącym na ścianie na przeciwko.
To dziś.
Opadłam spowrotem na posłanie.
Nieeee, dlaczego wszystko musi być takie trudne?- Zadałam sobie w myślach pytanie, przeczesując włosy palcami.
Chcę i nie chcę. Smutno mi i wesoło.
Paranoja.
Wreszcie leniwie się podniosłam i równie leniwie powlokłam na śniadanie. Już od połowy schodów usłyszałam głos Williama. A więc przyszedł.- Uśmiechnęłam się.
* Ryan.
I co ja mam teraz do cholery zrobić ?? Spieprzyłem. Spieprzyłem na całej linii. Trzeba było wcześniej powiedzieć prawdę Brendonowi, pewnie wybiłby mi to z głowy. No proszę, nadto inteligentny Ross- wspaniały tekściarz Panic At The Disco, znający życie... gówno o nim wie. I gówno wie o uczuciach innych. Kopnąłem w szafkę nocną. Niewielkie zdjęcie oprawione w ramkę spadło na ziemię, szybka rozprysła się na drobny mak. Podniosłem fotografię i przyjrzałem się uśmiechniętym twarzom. Już nigdy tak nie będzie..- Pomyślałem z żalem, głaszcząc uśmiechnięta twarz Natty ze zdjęcia. Potrafię tylko niszczyć.
* Mia.
Jeden sygnał. Drugi sygnał. Trzeci sygnał. Czwary sygnał..
Cześć, tu Natty, zostaw wiadomość po sygnale. Odezwę się potem.
- Nat,tu Mia. Proszę, zadzwoń. Nie ukrywam,że już wiem co się stało. Chcę z Tobą porozmawiać. Proszę. Martwię się. Całuję.- Powiedziałam, poczym wcisnęłam czerwoną słuchawkę i rzuciłam telefonem na łóżko.
Pff. Cholera. Co się z nią dzieje ?
Stałam przy biurku, patrząc w stary plakat powieszony pod sufitem i obgryzając nerwowo paznokcie. Szalog by to trafił.
Ja się tu martwię, ja tu wychodzę ze skóry, ja tu jestem bliska szaleństwa. A ona?
A ona tak po protstu wyłączyła sobie telefon.
No tak. Proste rozwiązanie.- Pomyślałam, odrywając palec od ust.
- Mia, jesteś gotowa ?!- Dobiegło mnie z dołu wołanie taty, po chwili usłyszałam kroki na schodach.
- Tak!- Odkrzyknęłam.- Już idę!
William wszedł do pomieszczenia z ciepłym a zarazem pełnym współczucia i wyrażającym otuchę uśmiechem.
- Pomogę Ci znieść walizki.- Zaproponował.
Uśmiechnęłam się blado, biorąc w ręce torbę podręczną i wciskając telefon do kieszeni, poczym ruszyłam w kierunku drzwi.
- Idziesz?- Spytałam, obracając się w stronę drzwi zza których jeszcze nie wyłonił się Will.
- Mia...- Zaczął. Wróciłam do pokoju.- I.. i co z tą.. twoją przyjaciółką?
Przysiadłam obok niego na łóżku.
- Próbowałam się dodzwonić ale.. nie odbiera.- Powiedziałam.- Do chłopaków i Clarissy nie mam po co dzwonić. A właściwie wolałabym usłyszeć Natty.
- Rozumiem.
Zapadła krótka cisza a potem przyjaciel objął mnie pocieszająco.
- Mam nadzieję,że wszystko się ułoży. Zobaczysz, na pewno nie jest tak źle. A przynajmniej nie powinno. Możliwe,że to tylko tak wygląda.- Odezwał się ponownie.
Spojrzałam na niego z lekkim niedowierzaniem w oczach.
- Będzie dobrze. Nawet kiedy ty stracisz nadzieję, ja dalej będę ją miał.Za Ciebie. Dla Ciebie.
Parę łez ściekło po moich policzkach.
- Dzię..dziękuję, Will. Jesteś najwspanialszym przyjacielem, jakiego mogłam sobie wymarzyć.
- Miło słyszeć.- Uśmiechnął się lekko, palcem ocierając moje łzy.- A teraz chodź bo spóźnisz się na samolot a chciałaś jeszcze pożegnać się z Blake'm..- Dodał, pomagając mi wstać.
* Ryan.
- Brendon, to co ja mam do cholery teraz zrobić?!- Zdenerwowany, zaczepiłem przyjaciela przed koncertem.
- To Twoja sprawa, Twoja decyzja. Możesz powiedzieć reszcie o ..no o tym. Możesz do niej zadzwonić, możesz dać jej spokój..Możesz..- Wyliczał.
- To nie jest totolotek! Totalnie się pogubiłem.
- Szczerość popłaca, jak widzisz. Tymczasem jesteś zmuszony wejść na scenę.- Powiedział, wskazując głową wejście na nią.
Westchnąłem,poczym zawiesiłem sobie gitarę na ramieniu i totalnie nie w nastroju do koncertowania, ruszyłem w swoją stronę.
- Good evening !- Głośny krzyk Brendona i piski niemalże mnie zabolały.- Back to the streets where..
Chcąc, nie chcąc, uderzyłem w struny gitary.
* Natty.
Ktoś nieśmiało zapukał do drzwi.
- Kochanie, jest już późno.. Może zejdziesz na dół?- Usłyszałam po chwili głos taty.
- Nie mam ochoty.- Wybąkałam, przewracając się na bok.
- Natty, nie możesz tak ciągle leżeć.No dalej, chociaż coś zjesz.
- Nie jestem głodna.
- Ale na prawdę..Na..
- NIE CHCĘ! NIE MAM NA NIC OCHOTY, ROZUMIESZ?!- Krzyknęłam, zrywając się do pozycji siedzącej.
Tata spojrzał mi prosto w oczy ale tylko na sekundę,poczym wyszedł, cicho domykając drzwi.
Zaniosłam się głośnym szlochem. Zaczęłam się zastanawiać dlaczego wczoraj nie pokiereszowałam się nożykiem. Spojrzałam na parapet, dalej tam leżał. Podniosłam się i szybkim krokiem podeszłam do okna. Otworzyłam je szeroko i cisnęłam narzędziem przed siebie.
- Niech to szlag!
- Natty..- Obróciłam się plecami do okna, na ponowny dźwięk głosu ojca.
Chciał coś powiedzieć ale przerwałam:
- Przepraszam. Przepraszam tato.- Podbiegłam do niego i mocno go przytuliłam.
- Nic się nie stało, kochanie.- Powiedział, przyciskając mnie do siebie.
Trwaliśmy tak chwilę w uścisku.
- Reese dzwoniła.- Oznajmił po chwili tata.
- Co?!- Momentalnie się od niego oderwałam i spojrzałam mu prosto w oczy.
- Dzwoniła. Powiedziała,że nie mamy co się fatygować ze zmuszaniem jej do powrotu na odwyk. Za niedługo ma samolot. Wraca tam. Możemy nawet sprawdzić. I jeszcze coś..Powiedziała,że bardzo żałuje. Że wie, iż już jej nie wybaczysz ale przynajmniej..przynajmniej chciała przeprosić.
Nic nie powiedziałam.
- To.. mnie nie obchodzi. Za bardzo.- Szepnęłam, zwieszając głowę w dół.
- Rozumiem.- Przytulił mnie znów.- A teraz może jednak zejdziesz coś zjeść?
Uśmiechnęłam się blado i ruszyłam za nim po schodach.
* Mia.
Lada chwila przyleci mój samolot. Pogrążyłam się w myślach o tym miło spędzonym czasie. Wprawdzie o mało nie dostałam zawału czekając na wyrok w sprawie życia brata ale wcale nie żałuję tego przyjazdu. I Will. Spojrzałam na niego. Siedział koło mnie z brodą opartą na rękach i smutną, opanowaną twarzą.
Będzie mi go brakować.
- Mia, twój samolot wylądował.- Poinformowała mama.
Wstałam równo z przyjacielem i ruszyłam oddać bagaże. Gdy już wszystkie znalazły się na taśmie zaczęłam się pospiesznie żegnać.
- Do zobaczenia, tatusiu. Dziękuję za wszystko.- Przytuliłam się do ojca, po chwili zaś znajdując się w ramionach mamy.
- Dziękuję.- Powtórzyłam, całując ją w policzek.
Oboje się uśmiechnęli. Tym razem Will wziął mnie w swoje objęcia i mocno ścisnął, kołysząc się na boki.
- Będę tęskniła.- Szepnęłam.
- Ja też.
Uśmiechnęłam się przez łzy, poczym pocałowałam go w policzek i poganiana przez obsłuję, oddaliłam się, machając całej trójce.
* Ryan.
Koncert trwał w najlepsze. Chłopaki spisywali się świetnie, ja chodziłem tylko po scenie z melancholijną miną. Bardzo rzadko patrzyłem na fanów. Z resztą ogólnie czegoś brakowało. To już nie był ten sam koncert, to już nie było to samo. Teraz towarzyszył mi brak świadomości,że tam za kulisami czeka roześmiana Natty,że wszyscy razem będziemy się śmiać i mimo zmęczenia nie pójdziemy tak wcześnie spać.
Z moich oczu spłynęły dwie łzy.
Kurwa, nie płacz. Nie tutaj, nie teraz ! - Skarciłem się w myślach. Odwróciłem się i poszedłem w drugą stronę.
Nagle coś jakby łupnęło mnie w głowie i w karku. Poczułem zawroty głowy.
To nic takiego. Nic się nie dzieje- Wmawiałem sobie, krąząc w te i we wte i uderzając w struny.
Jednak z sekundy na sekundę robiło mi się coraz słabiej. Coraz bardziej kręciło mi się w głowie. Coraz bardziej bolały mnie poszczególne części ciała.
Zacząłem się zataczać.
SPOKOJNIE.
I wszystko wirowało. Zapomniałem o gitarze.
I dalej wirowało. Mocniej i mocniej.
Nie potrafiłem już się opanować, nie potrafiłem utrzymac się na nogach.
Upadłem, uderzając o coś głową. Usłyszałem krzyki i kroki trzech par nóg.
Ciemność.
komentarze [8]
2007
czerwiec (13)
lipiec (4)
wrzesień (5)
październik (4)
listopad (3)
grudzień (4)
2008
styczeń (2)
luty (3)
marzec (2)
kwiecień (2)
maj (3)
czerwiec (3)
lipiec (3)
sierpien (2)
wrzesień (2)
październik (2)
listopad (1)
2009
styczeń (1)
The Others
Gym Class Heroes ft.Patrick Stump- Cupid's Chokehold
Teksty Piosenek
Refleksje Miss Chalk
Timbaland ft.Fall Out Boy- One & Only
Cobra Starship- Snakes On A Plane
My Sites
Kupidela- blog grupowy(Olaf)
Pieguskowa
You Tube.
FDDR Story- grupowy (Charlotte)
MP4
Last.fm
Fotka.pl
MySpace
Panic At The Disco
Photo Gallery
Photos
Official
Gallery
Say Disco
Theatrical Cabaret Forum
Videoclips- PATD
Nine In The Afternoon
But It's Better If You Do
That Green Gentleman
Lying Is The Most Fun A Girl Can Have Without Taking Her Clothes Off
Build God, Then We'll Talk
I Write Sins Not Tragedies
Stories
W Ciemności Wokół Słońca-opowiadanie Carm.
Opowiadanie Alicji.
Krok Po Kroku Każdego Dnia
The Best Opo About FOB i emo
Opowiadanie Edyty
Mój Paniczny Świat- Kalyyna
Fall Out Boy
pictures, biography..
Official
Photos
Pete Wentz klub
Fansite
Polish Site
Videoclips- FOB
A Little Less Sixteen Candless A Little More Touch Me
Beat It
The Take Over, The Breaks Over
The Carpal Tunnel Of Love
This Ain't A Scene It's An Arms Race
Saturday
Sugar We're Going Down
Dead On Arrival
Thnks Fr Th Mmrs
I'm Like A Lawyer With The Way I'm Always Trying To Get You Off (Me+You)
Grand Theft Autumn (Where Is Your Boy?)
Dance, Dance
Layout made by
Kitty
More in layout made by Old
Yellow Bricks
